sobota, 15 marca 2014

Business Cafe

Wybrałem się ostatnio na "Business Cafe"... Jest to, organizowane w każdym miesiącu przez studentów UE-ku, spotkanie z zaproszonym gościem - za każdym razem innym, rzecz jasna. Tym razem był nim młody, zdolny, krakowski student i  przedsiębiorca, właściciel szybko rozwijającej się firmy z branży IT.

Jak sama nazwa może sugerować, spotkanie odbyło się w jednej z klubokawiarni. Na miejsce przyjechałem nieco przedwcześnie, bo pomyliłem godziny. Zapytałem więc kelnera, gdzie mogę zaczekać. Gdzie chcesz - odpowiedział. W takim układzie stanąłbym pewnie za barem, jestem jednak - jak większość z Was wie - abstynentem i z alkoholem nie chcę mieć nic wspólnego. Z resztą, manualnie mógłbym nie podołać...

Stanąłem więc sobie blisko wejścia. Po chwili naprzeciw usiadła młoda dziewczyna z tabletem w ręku.  I patrzy... Na mnie - na tableta - na mnie - na tableta. Wyglądało to dziwnie, bo w tych czasach mało kto i mało kiedy odrywa oczy od tabletów itp. Może nawet chciała sobie ustawić mnie na tapetę, ale wstydziła się tak oficjalnie zrobić mi sweetfocie?

Jadąc na "Business Cafe", miałem mały problem. Wiedziałem, że raczej każdy zamówi coś picia - choćby dla zasady. Wziąłem zatem ze sobą jakieś "drobne", choć wiedziałem, że nawet jeśli coś zamówię... to i tak tego nie wypiję (bo dla kogoś niedoświadczonego ustawienie mi filiżanki tak, bym sam sobie zasysał przez słomkę jest trudne, jak system podatkowy). W dodatku, kelner sam musiałby sobie wyjąć i wziąć pieniądze. Ostatecznie jednak tak jakoś wyszło, że nic nie zamówiłem i  chyba jako jedyny wbiłem "na krzywy ryj", choć w moim przypadku raczej "na krzywy kręgosłup"...

A samo spotkanie - super, polecam! Zainteresowanym streszczę....

sobota, 8 marca 2014

Będzie dobrze?

Na początku -  krótkie życzenia dla Kobiet. Już to kiedyś pisałem na blogu, ale dawno temu:

O, Kobiety
Co kotlety
Smażycie jak cud poety
Niech Wam zawsze służy cera 
I figura
Et cetera...


Nie lubię ludzi stale narzekających, zwłaszcza z byle powodu. Dużo mówi się o konieczności pozytywnego myślenia, bo to działa na "wszystko", łącznie z tym, że już samo to w połowie rozwiązuje problemy. Cóż... Coś pewnie w tym jest, ale są w życiu sytuacje, w których bardziej pomaga pesymizm. Może on bowiem złagodzić, choć trochę, skutki przyszłego, przykrego doświadczenia. Jeśli zaś doświadczenie będzie pozytywne - tym większa będzie radość!

Mam tylko nieodparte wrażenie, że już wcześniej ktoś na to wpadł...

Jeszcze dwie kwestie. Pierwsza - nie rozumiem, dlaczego o ziemskich sprawach mówi się "przyziemne". Toż przecież przy ziemi to się leży po śmierci! "Przyziemne" powinno więc raczej znaczyć Ostateczne...

Jeśli ktoś jest zawiedziony, że ten wpis nie jakoś bardziej wesoły, jak choćby dwa poprzednie, to trudno - Wielki Post!

Ostatnia sprawa - zapraszam do przeczytania mojego felietonu, dotoczącego bardzo ważnego tematu, na radiownet.pl (link)

Jeszcze prośba - proszę o modlitwę!

środa, 26 lutego 2014

Bolesne cmoknięcie

Wrócę jeszcze na chwilę do poprzedniego wpisu, tym bardziej, że - jak się ostatnio przypadkiem dowiedziałem, w poniedziałek był Dzień Niespodziewanych Całusów czy jakoś tak...

Miałem kiedyś taką akcję. To było z pięć lat temu na turnusie rehabilitacyjnym. Wracałem późnym wieczorem przez ciemny korytarz do pokoju, wraz z koleżanką, która swój pokój miała naprzeciw mojego (była to jedna z tych 90% o których pisałem ostatnio). Dziewczyna ciut młodsza, bardzo sympatyczna, acz dosyć... "roszczepana". Raczej mnie lubiła; nieraz prawiła mi komplementy, z resztą, była mi wdzięczna, że jej pożyczam laptopa.

No i idziemy sobie tak tym korytarzem. Jesteśmy już blisko naszych pokoi i nagle...  ona obraca się na pięcie o 90 stopni i całuje mnie w policzek... 

Gdyby na tym się skończyło, to jeszcze nie byłoby w tym nic niezwykłego. Ale...

Bladego pojęcia nie miałem przecież, że ją tak nagle weźmi na amory! W związku z tym, kiedy obróciła się i stanęła w miejscu, by mnie pocałować, nie zdążyłem wyhamować. Przejechałem jej po stopach, a wózek waży koło stówy.

Zszokowany tą całą sytuacją, trwającą może 0.5 sekundy, wykrztusiłem po chwili: 
- Strasznie przepraszam...
Na co sąsiadka, głosem złamanym z bólu, jakby chciała jodłować:
- Nie... Nic się nie stało...

Był jednak jeden plus. W oczach stanęły jej "świeczki", dzięki czemu na korytarzu zrobiło się jaśniej i bez problemu trafiliśmy do pokoi...

Ok, koniec z tymi harlekinami. Miałem poruszyć jeszcze jeden temat, ale już mi się dziś nie chce. Do przeczytania!


piątek, 21 lutego 2014

Najwyższa średnia i historie miłosne

Po ostatnim, poważniejszym wpisie, dzisiaj troszkę lżej.

Generalnie, dzisiaj rozpocząłem ferie i będę je miał - aż do poniedziałku! Na koniec semestru, chciałem sobie z ciekawości średnią obliczyć. Nie zgadniecie, wyszła mi... 14.65! Powiem Wam, że dowartościowało mnie to. A w ogóle, to ja nie matematykę studiuję...

Tydzień temu były Walentynki. Nie dostałem kartki...

Pierwszą "walentynkę" otrzymałem (i co będę Was i siebie oszukiwał - ostatnią, nie licząc tej od chyba Mamy i od takiej starszej pani), gdy miałem kilka lat - może osiem. Był to krótki, burzliwy romans - na tyle, że moje Walentynka, gdy mnie później raz zobaczyła w centrum, prysneła za stojący samochód. Nawet nie wiem, o co jej poszło... Nawiasem mówiąc, teraz jest feministką.

Ogólnie, 90% dziewczyn, które w ciągu mojego życia okazywały mi jakieś małe acz bezpośrednie znaki sympatii, stanowiły dziewuszki albo o co najmniej kilka dobrych lat młodsze, albo - i nie chcę tu przecież nikogo obrażać - nie do końca zdrowe umysłowo. Nieraz jedno i drugie. No ale, ja się w zasadzie nie dziwię... Poza tym, z każdą z nich tworzylibyśmy świetną parę - one dojrzałe, inteligentne - ja wysportowany i w ogóle...

A, byłbym zapomniał o jeszcze jednej - tej, o której pisałem np.  tutaj czy tutaj. Tydzień temu także się odezwała, lecz nawet w ten szczególny dzień nie spuściła z ceny.

Pozdrawiam i życzę dobrego weekendu!

wtorek, 11 lutego 2014

Sens i logika

Po kilku ostatnich wpisach - raczej śmisznawych - dzisiaj nieco inny...

Ludzi można podzielić na tych, którzy w życiu Człowieka widzą Sens i na tych, którzy nie widzą. Tych, którzy nie widzą Sensu, można podzielić na dwie grupki: pierwsi to ci, którzy nie widzą Sensu przez duże "s", głębszego, pośmiertnego, pozaziemskiego, ale widzą jakiś inny, mniejszy, np. miłość, przyjemność, poświęcenie się, komputer, rodzina, bigos lub spaghetti. Drudzy zaś nie widzą żadnego sensu - ani tego przez duże, ani przez małe "s", jednak jakoś sobie żyją.

Ja, osobiście, wierzę w Sens. Nawet abstrahując od Wiary... 

Ilość możliwych stanów mózgu jest większa, niż liczba cząstek elementarnych w całym Kosmosie. Mózg jest ponadto najbardziej złożoną strukturą w kosmosie (nie wspomnę o innych cudach organizmu, którymi zachwycają się najwięksi uczeni, których cechuje zwykle duża pokora [jak pisał Tomasz a Kempis: Jeśli ci się zdaje, że wiele rzeczy znasz i dobrze je rozumiesz, pamiętaj, że nierównie więcej jest takich, których nie pojąłeś].). Człowiek jest zdolny do uczuć, czasem do oddania swojego życia za kogoś. Jest w stanie tworzyć piękno i się nim zachwycać (choć to ostatnie jest często względne - wszak piękno nie jest tym samym dla każdego). Takie rzeczy jak na przykład te, pozwalają wierzyć (owszem, to też jest kwestia jakiejś wiary), że ludzkie życie to coś więcej niż kilkadziesiąt lat na Ziemi i adios amigos! 

Oczywiście, osoby wierzące w bezsens mają powody, by ludzi myślących jak ja "załatwić na cacy".  Twierdzą na przykład, że Życie Wieczne to wymysł, pozwalający pokonać lęk przed śmiercią. Teoretycznie, to nie jest myśl bez sensu, ale ja w nim nie pokładam wiary, bo uważam, że to bez sensu. Z kolei cuda Człowieka, Natury, Wszechświata, redukują do ewolucji, ewentualnie do popularnej obecnie wśród kosmologów koncepcji Wieloświata (multiverse). Jednak, jak to zwięźle ujął ks. prof. Michał Heller - nauka daje wiedzę, a wiara Sens.

A więc: Życie może mieć Sens, albo być bez sensu. Ja uważam, że go ma, bo byłoby bezsensowne, że go nie ma. Wolę doszukiwać się Sensu, gdzie dużo na to wskazuje, niż być szpanerem i doszukiwać się bezsensu. To nie ma sensu. Gdyby TO WSZYSTKO nie miało sensu, to byłoby bezsensownie, a jeśli Sens może być, to trochę nielogicznie - jak dla mnie - wierzyć w bezsens, no bo gdzie tu sens, gdzie logika? 

Na koniec chciałbym pogratulować tym, którzy wytrwali do końca wpisu. Ci, którzy to zrobili i żałują, no cóż... Mają pecha, ale każdy ma prawo go mieć; to sensowne. A w ogóle osoby które stwierdziły, że wpis jest bez sensu, to same są bez sensu.

Proponuję też niezły, logiczny monolog, dla rozluźnienia atmosfery.



piątek, 7 lutego 2014

(Około)sesyjnie

Powrócę jeszcze na chwilę do poprzedniego wpisu. Taki suchar. Wiecie, co robi feministka, gdy usłyszy dobry kawał?







- Śmieje się pod wąsem...

Dobra, koniec nabijania - nie kopie się leżącego.

Większość osób już wie, ale pewnie nie wszyscy; zostałem po raz kolejny wujkiem ostatnio! Mały urodził się w pierwszy dzień sesji wujka. To było poniekąd widać - miał mocno podkrążone oczy. Co zaś do Jego sesji - to trwała ona aż dziewięć miesięcy - a ja po kilkunastu mam dość...

W związku z nią właśnie (z sesją) jest dużo nauki, mało snu. Są też jednak ciekawe przypadki. Na przykład winda zewnętrzna parę razy zamarzła, gdy byłem już pod budynkiem i chciałem zdawać egzamin. Raz to nawet Pani Profesor musiała musiała się garnąć tą samą taksówką co ja i pojechaliśmy zdawać gdzie indziej. Można by rzec, tak jak pewna minister - sorry, mamy taki klimat. Na szczęście, panowie konserwatorzy nie byli tacy i mówili zimie: sorry, mamy takie spraye - dzięki czemu winda na drugi dzień (sic!) już działała. Taka sytuacja...

Z windami takiego rodzaju jest tak, jak powiedział kiedyś pewien pan: Ona musi zaskoczyć. Jak już zaskoczy - to już jedzie... To prawda, musi zaskoczyć. Jak ruszy od razu, to zaskoczeni są wszyscy...

Kończę. Kibicujmy naszym - znicz już płonie!

piątek, 17 stycznia 2014

Feministko, kocham Cię!

Obiecałem, że nowy wpis dodam, jeśli przeżyję najbliższe kolokwium. A przeżyłem dwa...

Dzisiaj np. miałem również prezentację po angielsku. Prowadząca zwracała m.in. uwagę na to, by - w miarę możliwości - kontrolować swoje zachowanie podczas stresu. Czyli: nie drapać się po głowie, nie krzyżować nóg podczas stania, nie bawić się kartką itd. Ja akurat w tym przypadku mam super - nie muszę się kontrolować; drapanie po głowie idzie mi kiepsko (a w zasadzie: w ogóle), nóg nie krzyżuję gdy stoję (nie mam takiego nawyku), a kartek staram się nie używać podczas prezentacji. Niestety, zawsze jednak mogę zapomnieć treści lub  zaciąć się i mówić w kółko jedno i to samo...

 
Mam w głowie kilka tematów, którymi chciałbym się z Wami podzielić, ale nie wszystko na raz.

Dzisiaj tylko więc tylko jedna myśl, jaka mnie naszła niedawno. A propo 's feminizmu, gender i tego wszystkiego.

Zawsze moim ideałem dziewczyny była taka, która jest po prostu dziewczęca, kobieca (to tylko wierzchołek góry lodowej moich wymagań, ale mniejsza teraz o to). Zmieniłem jednak zdanie. Gdybym miał wybierać - chciałbym ożenić się z feministką!

Jaką? Najlepiej górniczką. I to taką, która pracuje na dole - przy wydobyciu. Jak jest taka szczwana, to niech weźmie kilof do tych swoich subtelnych rączek i zasuwa - na dwie szychty nawet! Przynajmniej nie będziemy klepać biedy, a ona się będzie realizować.W dodatku będzie tak silna, że będzie mnie w pojedynkę wnosić po schodach - razem z wózkiem... Gdyby więc ktoś takową znał - proszę o pilny kontakt.


A tak w ogóle to tamta laska, co mnie podrywa "na sms-a" (pisałem o tym tutaj http://kambloger.blogspot.com/search?updated-max=2013-10-27T18:43:00%2B01:00&max-results=7) cały czas do mnie pisze. Dzisiaj np. pisała, że pije kawę myśląc o mnie i żebym jej wysłał odpowiedź o treści "KAWA". Nie wiem, czy chciała, żebym jej kawę wysłał przez telefon czy co... Pewnie studentka, do sesji kuje.

Słuchajcie, a może to studentka-feministka?