Dzisiejszy wpis będzie wyjątkowy. Po raz pierwszy tego bloga uświetni rysunek Dominika, studenta ASP, który rysował do mojego bloga politycznego i który jest autorem mojej portreto - karykaturki po Waszej prawicy.
Embargo wprawidzili rosyjscy władcy. Polska straci na tym ogromne pieniądze, ale najbardziej ucierpią na tym... Rosjanie, którym - przynajmniej na krótką metę - podrożeje wiele żywnościowych produktów. M.in. słynne jabłka, które mamy kupować "na złość Putinowi"...
Nie od dziś wiadomo, że jabłka niezwykle dobrze wpływają na perystaltykę jelit. Tymczasem duża ilość Rosjan żyje po prostu w biedzie i ten owoc - zwłaszcza teraz, jeśli ceny faktycznie tymczasowo się podniosą - może stać się tylko obiektem ich marzeń. A zatwardzenie boli.
Długość trwania embargo wstępnie ustalili na rok. Ja Wam tu mówię: dwa tygodnie i pękną. Jak nie w przenośni, to dosłownie.
Co, prawda, moglibyśmy zorganizować np. akcję wysyłki Xenny Extra na Wschód, ale lepiej nie, bo tak, przynajmniej jest nadzieja, że zmiękczymy ich zatwardzeniem!
Na koniec, zanim rysunek, moja rymowana puenta, której dawno nie było:
Chociaż nie jest to jej wina,
zatwardzenie ma babuszka,
Bo przez embargo Putina,
Nie zjadła dzisiaj jabłuszka.
czwartek, 7 sierpnia 2014
poniedziałek, 4 sierpnia 2014
Ja, steward
W ostatnim wpisie opisałem swój senny, nietypowy pomysł na wakacyjną pracę. To jest jednak kiepski projekt; mam więc w zanadrzu inny.
Mógłbym być stewardem lotniczym. Gdyby coś się działo, jako jedyny - dzięki sile opanowania - mógłbym uratować pasażerów...
Podczas gdy wszyscy wariowaliby, trzęśli się, chaotycznie biegali - ja pozostałbym niewzruszony. Ludzie, widząc, że członek personelu jest tak spokojny, nie wykonuje żadnych (nerwowych) ruchów - szybko doszliby do wniosku, że sytuacja jest opanowana i nie ma się co lękać. Spokojnie wykonywaliby polecenia załogi, zakładali maski tlenowe itd. Swoją stoicką, siedzącą postawą, mógłbym uratować niejedno życie!
Optymalna sytuacja byłaby wtedy, gdyby samolot spadał przechylony w lewo, no bo ja jestem pochylony w prawo; gdybym siedział prosto, dodawałoby to wiarygodności mojemu opanowaniu. A gdyby były jeszcze turbulencje i zaczęło mną telepać na wszystkie strony - to już w ogóle
członkowie lotu byliby uspokojeni, skoro ten steward to taki luzak...
Oczywiście to są czarne scenariusze, ale podczas lotów bezpiecznych też bym się sprawdzał. Trochę czasem niewyraźnie mówię, a to pomaga w angielskim. No i firma by moja skorzystała wizerunkowo, że taka otwarta na niepełnosprytnych itd. Wszyscy niepełnosprawni lataliby naszymi liniami, a jest nas wielu! Czysty zysk. Dla wszystkich.
Mógłbym być stewardem lotniczym. Gdyby coś się działo, jako jedyny - dzięki sile opanowania - mógłbym uratować pasażerów...
Podczas gdy wszyscy wariowaliby, trzęśli się, chaotycznie biegali - ja pozostałbym niewzruszony. Ludzie, widząc, że członek personelu jest tak spokojny, nie wykonuje żadnych (nerwowych) ruchów - szybko doszliby do wniosku, że sytuacja jest opanowana i nie ma się co lękać. Spokojnie wykonywaliby polecenia załogi, zakładali maski tlenowe itd. Swoją stoicką, siedzącą postawą, mógłbym uratować niejedno życie!
Optymalna sytuacja byłaby wtedy, gdyby samolot spadał przechylony w lewo, no bo ja jestem pochylony w prawo; gdybym siedział prosto, dodawałoby to wiarygodności mojemu opanowaniu. A gdyby były jeszcze turbulencje i zaczęło mną telepać na wszystkie strony - to już w ogóle
członkowie lotu byliby uspokojeni, skoro ten steward to taki luzak...
Oczywiście to są czarne scenariusze, ale podczas lotów bezpiecznych też bym się sprawdzał. Trochę czasem niewyraźnie mówię, a to pomaga w angielskim. No i firma by moja skorzystała wizerunkowo, że taka otwarta na niepełnosprytnych itd. Wszyscy niepełnosprawni lataliby naszymi liniami, a jest nas wielu! Czysty zysk. Dla wszystkich.
środa, 30 lipca 2014
Dziewczyna gangstera
Na początku wakacji trochę myślałem nad tym, jak sobie coś zarobić w tym wolnym czasie. Nie wiem, czy to pokłosie tego, czy też z innej, mimowolnej przyczyny, miałem sen...
Byłem gangsterem. Nie pamiętam, niestety, wszystkich szczegółów tego snu. Nie zapomnę jednak nigdy tej adrenaliny, jaka towarzyszyła mi, gdy co noc, o 4.00 dojeżdżałem na miejsce spotkań naszej ekipy - gdzieś pod miejskie garaże. Tam była nasza dziupla.
Zajmowaliśmy się włamaniami. Naszymi celami były biurowce, banki, instytucje publiczne (niestety, nie dospałem do ataku na ZUS) - czyli wszystko, co ma - lub powinno mieć - podjazdy; inaczej nie byłbym przecież gangsterem.
Atmosfera przed akcją była zawsze niezła, choć wszyscy byli nabuzowani. Poklepywali mnie, mówili pewnie coś w stylu: nie łam się (jakby nie widzieli, że zawsze jestem lekko złamany) itd... Potem krótkie omówienie planu no i wyjazd na akcję. Nie jeździliśmy byle czym...
Zachodzę tylko w głowę, dlaczego mnie wzięli do gangu. O ile pamiętam, głównie zabezpieczałem tyły. Może chodziło o to, żebym w razie czego zaczął się ślinić jak ten gość w "Nietykalnych"? A może samą obecnością miałem brać na litość?
Ciekawostką było też to, że - z przyczyn naturalnych - na te spotkania o 4.00 przywoziła mnie Mama. Takiego mafiozy to chyba jeszcze od zarania dziejów nie było...
Wiecie, w ostatnim wpisie o oazie (link tutaj) nie napisałem bardzo ważnej rzeczy. W Łososinie nie było Irenki. Brakowało mi jej. Nie miałem z kim się ścigać w jedzeniu. Nie miał kto eksperymentować w kuchni. Nie było z kim snuć planów o dostosowaniu mieszkania w centrum miasta... Irenka mnie z resztą nie chce...
Ech, może gdybym był gangsterem?
Ech, może gdybym był gangsterem?
sobota, 26 lipca 2014
Peace and Love - Oaza 2014
We czwartek wróciłem z oazy w Łososinie Górnej - tej samej, o której piszę co roku, choć niekoniecznie raz w roku. Jak zwykle spróbuję ją teraz subiektywnie i krótko podsumować...
Oazę rozpocząłem dwa dni po rozpoczęciu, przez co ominęły mnie np. pierogi ruskie (choć w tym przypadku jest z nimi jak z Yeti czy UFO pod Garwolinem; nie ma konsensusu, czy w ogóle były). Ominęło mnie też pewnie parę innych, ciekawych rzeczy. Trudno, takie jest życie. A propos. teraz mała dygresja.
Na oazie trochę się nasłuchałem o grach planszowych - takich RPG, po sto złotych i więcej. Niektóre z nich są dość skomplikowane, mają rozbudowaną fabułę, wiele postaci do wyboru... Tak pomyślałem sobie, że życie jest podobne do wielu gier. Cały czas jakieś przeszkody, trudności, dzikie zwierzęta. Mocno potrzebne jest szczęście, otwartość innych "graczy" itd... Jednak są też zasadnicze różnicze. W "planszówkach" swoją postać wybierasz z reguły sam; w życiu zostaje ci przydzielona z Góry (w przenośni i dosłownie) i ile byś oczek nie wyrzucił - nie zmienisz jej, możesz tylko trochę modyfikować. Ja np. zostałem Chudym Zanikowcem, ale powiem Wam, że to trochę chora postać...
Wracając do oazy: ludzie jak zwykle niezwykli, atmosfera przez to także. Niestety tak już jest, że gdy już naprawdę fajnie, trzeba się rozstawać.
Zostaną jednak ciekawe wspomnienia. Na przykład wycieczka do Krakowa i Chorzowa. Najpierw uczestniczyliśmy we Mszy Św. w Centrum Myśli JPII. Był tam m.in. relikwiarz z niezakrzepłą - jakimś cudem - krwią Świętego. Następnie w muzeum obok oglądaliśmy wystawę i kopię Całunu Turyńskiego. Świetna sprawa, polecam!
Jak już pozwiedzaliśmy, autostradą pojechaliśmy do Polskiego Buenos - do Chorzowa - by zwiedzić ZOO. Fajne te śląskie zwierzęta - np. antylopy, ale ogród był ogromny i nie było lekko. Przez chwilę byłem taki padnięty, że miałem ochotę walnąć się na ławce koło małp, ale bałem się, że gdyby doszły do wniosku, iż jeśli ewolucja to fakt i takie coś jak ja pochodzi od małpy, to by się ze wstydu spaliły. A było gorąco.
Jako, że z całej oazy byłem bodaj najbardziej niepełnosprytny, w autokarze miałem miejscówę leżącą. W dodatku klima, autostrada, bramki... Można by tak jechać do samego Sieradza!
Na oazie pograliśmy sobie też w mafię. Gra to fajna, rozwijająca i można być kim się chce. Wybór większy niż w "planszówce". Nawet Chudy Zanikowiec może być akrobatą...
Ogólnie, oaza z mafią jednak nic wspólnego nie ma i panuje tam Peace and Love. Ten turnus będzie mi się zawsze kojarzył z tym hipisowskim hasłem, choćby dlatego, że... czasem je sobie niektórzy mówili, przekazując sobie znak pokoju na Mszy (na Mszach oazowych, każdy przekazuje każdemu). Mam nadzieję, że nic w tym złego nie było, bo i to "love" z tym hipisowskim nic wspólnego nie miało i bliższe było zawołaniu Pax et Bonum!
Za ten świetny czas wszystkim serdecznie dziękuję! Każdy wniósł coś swojego. Szczególnie dziękuję oczywiście Krystianowi, który przeszedł ze mną próbę nerwów i ją wytrzymał. W imieniu niepełnosprawnych uczestników, serdecznie dziękuję wszystkim wolontariuszkom i wolontariuszom! Podziękowania, za nadzór nad całością, należą się też, naturalnie, księżom.
Raz jeszcze wszystkim wielkie dzięki i, mam nadzieję, do zobaczenia!
P.S. Prawdopodobnie będzie reportaż z oazy. Gdy tylko zostanie zmontowany, dam znać.
Oazę rozpocząłem dwa dni po rozpoczęciu, przez co ominęły mnie np. pierogi ruskie (choć w tym przypadku jest z nimi jak z Yeti czy UFO pod Garwolinem; nie ma konsensusu, czy w ogóle były). Ominęło mnie też pewnie parę innych, ciekawych rzeczy. Trudno, takie jest życie. A propos. teraz mała dygresja.
Na oazie trochę się nasłuchałem o grach planszowych - takich RPG, po sto złotych i więcej. Niektóre z nich są dość skomplikowane, mają rozbudowaną fabułę, wiele postaci do wyboru... Tak pomyślałem sobie, że życie jest podobne do wielu gier. Cały czas jakieś przeszkody, trudności, dzikie zwierzęta. Mocno potrzebne jest szczęście, otwartość innych "graczy" itd... Jednak są też zasadnicze różnicze. W "planszówkach" swoją postać wybierasz z reguły sam; w życiu zostaje ci przydzielona z Góry (w przenośni i dosłownie) i ile byś oczek nie wyrzucił - nie zmienisz jej, możesz tylko trochę modyfikować. Ja np. zostałem Chudym Zanikowcem, ale powiem Wam, że to trochę chora postać...
Wracając do oazy: ludzie jak zwykle niezwykli, atmosfera przez to także. Niestety tak już jest, że gdy już naprawdę fajnie, trzeba się rozstawać.
Zostaną jednak ciekawe wspomnienia. Na przykład wycieczka do Krakowa i Chorzowa. Najpierw uczestniczyliśmy we Mszy Św. w Centrum Myśli JPII. Był tam m.in. relikwiarz z niezakrzepłą - jakimś cudem - krwią Świętego. Następnie w muzeum obok oglądaliśmy wystawę i kopię Całunu Turyńskiego. Świetna sprawa, polecam!
Jak już pozwiedzaliśmy, autostradą pojechaliśmy do Polskiego Buenos - do Chorzowa - by zwiedzić ZOO. Fajne te śląskie zwierzęta - np. antylopy, ale ogród był ogromny i nie było lekko. Przez chwilę byłem taki padnięty, że miałem ochotę walnąć się na ławce koło małp, ale bałem się, że gdyby doszły do wniosku, iż jeśli ewolucja to fakt i takie coś jak ja pochodzi od małpy, to by się ze wstydu spaliły. A było gorąco.
Jako, że z całej oazy byłem bodaj najbardziej niepełnosprytny, w autokarze miałem miejscówę leżącą. W dodatku klima, autostrada, bramki... Można by tak jechać do samego Sieradza!
Na oazie pograliśmy sobie też w mafię. Gra to fajna, rozwijająca i można być kim się chce. Wybór większy niż w "planszówce". Nawet Chudy Zanikowiec może być akrobatą...
Ogólnie, oaza z mafią jednak nic wspólnego nie ma i panuje tam Peace and Love. Ten turnus będzie mi się zawsze kojarzył z tym hipisowskim hasłem, choćby dlatego, że... czasem je sobie niektórzy mówili, przekazując sobie znak pokoju na Mszy (na Mszach oazowych, każdy przekazuje każdemu). Mam nadzieję, że nic w tym złego nie było, bo i to "love" z tym hipisowskim nic wspólnego nie miało i bliższe było zawołaniu Pax et Bonum!
Za ten świetny czas wszystkim serdecznie dziękuję! Każdy wniósł coś swojego. Szczególnie dziękuję oczywiście Krystianowi, który przeszedł ze mną próbę nerwów i ją wytrzymał. W imieniu niepełnosprawnych uczestników, serdecznie dziękuję wszystkim wolontariuszkom i wolontariuszom! Podziękowania, za nadzór nad całością, należą się też, naturalnie, księżom.
Raz jeszcze wszystkim wielkie dzięki i, mam nadzieję, do zobaczenia!
P.S. Prawdopodobnie będzie reportaż z oazy. Gdy tylko zostanie zmontowany, dam znać.
poniedziałek, 7 lipca 2014
Powroty do przeszłości i o nawracaniu
Sesja już z głowy. Kolejny rok
akademicki za mną. Mundial też się kończy. Niby dobry czas na
podsumowania, ale nie lubię ich, choć retrospekcje "generalne" mi się
zdarzają. Z ich wyników nie jestem zadowolony; nie jestem taki, jaki
chciałbym być. Najlepiej dostrzegłem to, gdy kilka razy otarło mi się
nieżycie. Myślę, że skacząc na bungee czy ze spadochronu, też można się
ciekawych rzeczy o sobie dowiedzieć...
Jak już jesteśmy przy takich sprawach egzystencjalnych; ostatnio po okolicy chodzili Świadkowie Jehowy. Gdy zapukali do drzwi, powiedzieli, że jakby ktoś miał wąty typu: dlaczego Bóg dopuszcza cierpienie itp., to oni chętnie rzecz wyjaśnią Byli to chłopak i dziewczyna, niewiele starsi ode mnie. Gdy mnie spostrzegli, na pewno się uradowali, że ja to pewnie właśnie jestem ciekaw i chętnie posłucham ich wersji zdarzeń. Oczyma wyobraźni już zapewne widzieli, jak jeżdżę z nimi i własną sytuacją poświadczam, że dobrze prawią.
Nic z tych rzeczy. Co prawda, zacząłem z nimi rozmawiać w celu ich zmasakrowania (czytaj: nawrócenia), ale z przyczyn obiektywnych nie dokończyliśmy polemiki. Szkoda, może by zeszli z tej niewłaściwej ścieżki. Zwłaszcza tej Jehowianki mi była szkoda...
Na koniec wpisu bardzo proszę o modlitwę. Co do retrospekcji zaś, polecam tą piosenkę:
Jak już jesteśmy przy takich sprawach egzystencjalnych; ostatnio po okolicy chodzili Świadkowie Jehowy. Gdy zapukali do drzwi, powiedzieli, że jakby ktoś miał wąty typu: dlaczego Bóg dopuszcza cierpienie itp., to oni chętnie rzecz wyjaśnią Byli to chłopak i dziewczyna, niewiele starsi ode mnie. Gdy mnie spostrzegli, na pewno się uradowali, że ja to pewnie właśnie jestem ciekaw i chętnie posłucham ich wersji zdarzeń. Oczyma wyobraźni już zapewne widzieli, jak jeżdżę z nimi i własną sytuacją poświadczam, że dobrze prawią.
Nic z tych rzeczy. Co prawda, zacząłem z nimi rozmawiać w celu ich zmasakrowania (czytaj: nawrócenia), ale z przyczyn obiektywnych nie dokończyliśmy polemiki. Szkoda, może by zeszli z tej niewłaściwej ścieżki. Zwłaszcza tej Jehowianki mi była szkoda...
Na koniec wpisu bardzo proszę o modlitwę. Co do retrospekcji zaś, polecam tą piosenkę:
piątek, 20 czerwca 2014
O ludziach życzliwych
Mała reklama własna: mój trzeci wpis na MyslKonserwatywna.pl
Też ktoś z Was zastanawia się, dlaczego Mundial jest wtedy, co sesja? Ja znalazłem odpowiedź i żaden podsłuch tu nie jest potrzebny - takie to proste. Otóż: chodzi o to, aby jak najwięcej studentów oblało. Zwiększa to szansę na to, iż we w ogóle nie zaliczymy danego przedmiotu, tym bardziej, że wrześniu jest Liga Mistrzów, ligi narodowe, eliminacje itd... A dlaczego mamy nie pozdawać? Jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze. Z "warunków". A ja oszukam ten system; i Mundial se obejrze i egzaminy pozdaje!
Chciałem teraz kilka słów napisać, by pokazać, że ludzie naprawdę są dobrzy i pomocni. Podam tylko parę świeżych przykładów z autopsji.
Spaceruję sobie pomalutku po parku. Słońce świeci, ptaszki śpiewają, sesja za pasem... Nagle słyszę, jak ktoś z tyłu biegnie co sił. Podbiega do mnie młoda, zdyszana dziewczyna i pyta:
- Mogę jakoś pomóc? Wszystko gra?
Trochę byłem zaskoczony tą niespodziewaną akcją humanitarną, ale w sumie miłe to było...
Innym razem podszedł do mnie na uczelni jakiś chłopak i pyta, czy mi na zewnętrzne drzwi otworzyć. A były automatyczne (nawet ja się umiem z takimi rozprawić, siłą bytu).
Kiedy indziej na przystanku starsza pani na przystanku pyta, czy na autobus czekam. A na jaki. Ucieszyła się, że tym samym pojedziemy. Upewniła, czy wsiadam tam, gdzie szeroko. Ale było randez-vous...
Doceniajmy małe gesty życzliwości. Otwarcie automatycznych drzwi to nie heroiczny wyczyn, ale daje wiarę w ludzi.
Też ktoś z Was zastanawia się, dlaczego Mundial jest wtedy, co sesja? Ja znalazłem odpowiedź i żaden podsłuch tu nie jest potrzebny - takie to proste. Otóż: chodzi o to, aby jak najwięcej studentów oblało. Zwiększa to szansę na to, iż we w ogóle nie zaliczymy danego przedmiotu, tym bardziej, że wrześniu jest Liga Mistrzów, ligi narodowe, eliminacje itd... A dlaczego mamy nie pozdawać? Jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze. Z "warunków". A ja oszukam ten system; i Mundial se obejrze i egzaminy pozdaje!
Chciałem teraz kilka słów napisać, by pokazać, że ludzie naprawdę są dobrzy i pomocni. Podam tylko parę świeżych przykładów z autopsji.
Spaceruję sobie pomalutku po parku. Słońce świeci, ptaszki śpiewają, sesja za pasem... Nagle słyszę, jak ktoś z tyłu biegnie co sił. Podbiega do mnie młoda, zdyszana dziewczyna i pyta:
- Mogę jakoś pomóc? Wszystko gra?
Trochę byłem zaskoczony tą niespodziewaną akcją humanitarną, ale w sumie miłe to było...
Innym razem podszedł do mnie na uczelni jakiś chłopak i pyta, czy mi na zewnętrzne drzwi otworzyć. A były automatyczne (nawet ja się umiem z takimi rozprawić, siłą bytu).
Kiedy indziej na przystanku starsza pani na przystanku pyta, czy na autobus czekam. A na jaki. Ucieszyła się, że tym samym pojedziemy. Upewniła, czy wsiadam tam, gdzie szeroko. Ale było randez-vous...
Doceniajmy małe gesty życzliwości. Otwarcie automatycznych drzwi to nie heroiczny wyczyn, ale daje wiarę w ludzi.
niedziela, 1 czerwca 2014
Dialogi spontaniczne - c.d.
W ostatnim wpisie wspomniałem, że napiszę coś jeszcze o moich przypadkowych rozmowach. Najpierw jednak chciałbym jednak zachęcić Was do kuknięcia na premierowy, krótki reportaż (część z Was chyba go już widziała) jaki udało mi się nagrać wraz z Kolegą Kubą, który ma w nim większy wkład pracy. https://www.youtube.com/watch?v=6rz-1clhRbM
Dzięki temu reportażowi mam większą motywację do pracy nad swoją dykcją i nad tym, żeby ponownie zacząć bezbłędnie wymawiać "r". Nad tym drugim pracuję w ten sposób, że kiedy nikt nie słucha, to sobie opowiadam różne rzeczy, w których jest dużo "r" i staram się je poprawnie wymawiać. Dzięki temu o rabarbarze to ja już nie chcę słyszeć, a o tym, że Król Karol kupił królowej Karolinie korale koloru koralowego mógłbym napisać licencjat.
Wróćmy jednak do tematu wpisu. Otóż, takie rozmowy jak ta, o której wspomniałem ostatnio (ws. tak spontaniczne i ciekawe tematycznie) zdarzają mi się częściej. Na przykład niedawno miałem taką scenkę: musiałem na chwilkę wjechać na plac zabaw i wtedy od razu przystąpiło do mnie dwóch - jak się potem okazało - czterolatków. Zaczęli pytać nad wyraz poważnym tonem:
- A skąd Pan ma taki wóózeek?
- A dałoby się tu zamontować taką łyżkę, jak jest w kopaarcee?
To jeszcze nic. Następnie jeden z nich zaprowadził mnie do tablicy informacyjnej i wskazał na przekreślony rower:
- Widzi Pan? Tu jest narysowane, ze nie mozna wjezdzać rowerem i cymś takim, jak Pan ma. Po co Pan tu psyjechał?
Na szczęście, gdy przeszliśmy na "ty", atmosfera stała się luźniejsza i nawet pogadaliśmy o życiu...
Innym razem zaczepił mnie pan jakiś z pieskiem i mówi:
- Przepraszam, że przeszkadzam, ale... mam takie pytanie... Widzi Pan, ja od kilku lat bardzo cierpię na kręgosłup. Powinienem mieć operację, ale... istnieje jakieś ryzyko, że po niej będę jeździł na wózku. Jak Pan myśli - powinienem się zgodzić?
Może chciał pertraktować o moim wózku, w razie czego? Tego nie wiem. Tak, czy inaczej, niestety nie podołałem roli guru od chorych kręgosłupów i wózków inwalidzkich. Zacząłem coś kręcić, że trudno powiedzieć, że jest mi przykro, że musi sam zadecydować itd... Mimo to, jako autorytet, poczułem w sobie +50 do superowości.
Takich rozmów, parkowych i nie tylko, miałem więcej. Już jestem ciekaw następnych...
Dzięki temu reportażowi mam większą motywację do pracy nad swoją dykcją i nad tym, żeby ponownie zacząć bezbłędnie wymawiać "r". Nad tym drugim pracuję w ten sposób, że kiedy nikt nie słucha, to sobie opowiadam różne rzeczy, w których jest dużo "r" i staram się je poprawnie wymawiać. Dzięki temu o rabarbarze to ja już nie chcę słyszeć, a o tym, że Król Karol kupił królowej Karolinie korale koloru koralowego mógłbym napisać licencjat.
Wróćmy jednak do tematu wpisu. Otóż, takie rozmowy jak ta, o której wspomniałem ostatnio (ws. tak spontaniczne i ciekawe tematycznie) zdarzają mi się częściej. Na przykład niedawno miałem taką scenkę: musiałem na chwilkę wjechać na plac zabaw i wtedy od razu przystąpiło do mnie dwóch - jak się potem okazało - czterolatków. Zaczęli pytać nad wyraz poważnym tonem:
- A skąd Pan ma taki wóózeek?
- A dałoby się tu zamontować taką łyżkę, jak jest w kopaarcee?
To jeszcze nic. Następnie jeden z nich zaprowadził mnie do tablicy informacyjnej i wskazał na przekreślony rower:
- Widzi Pan? Tu jest narysowane, ze nie mozna wjezdzać rowerem i cymś takim, jak Pan ma. Po co Pan tu psyjechał?
Na szczęście, gdy przeszliśmy na "ty", atmosfera stała się luźniejsza i nawet pogadaliśmy o życiu...
Innym razem zaczepił mnie pan jakiś z pieskiem i mówi:
- Przepraszam, że przeszkadzam, ale... mam takie pytanie... Widzi Pan, ja od kilku lat bardzo cierpię na kręgosłup. Powinienem mieć operację, ale... istnieje jakieś ryzyko, że po niej będę jeździł na wózku. Jak Pan myśli - powinienem się zgodzić?
Może chciał pertraktować o moim wózku, w razie czego? Tego nie wiem. Tak, czy inaczej, niestety nie podołałem roli guru od chorych kręgosłupów i wózków inwalidzkich. Zacząłem coś kręcić, że trudno powiedzieć, że jest mi przykro, że musi sam zadecydować itd... Mimo to, jako autorytet, poczułem w sobie +50 do superowości.
Takich rozmów, parkowych i nie tylko, miałem więcej. Już jestem ciekaw następnych...
Subskrybuj:
Posty (Atom)
