poniedziałek, 29 kwietnia 2019

Mafia lekowa

Pisałem kiedyś na blogu o pierwszym leku spowalniającym moją chorobę, czyli rdzeniowy zanik mięśni (SMA). Do teraz w Polsce, ze względu na kosmicznie wysoką cenę, korzystały z niego praktycznie tylko te osoby, które zostały zakwalifikowane do leczenia w ramach procedury wczesnego dostępu. Przez wiele miesięcy trwała kampania mająca na celu podjęcie przez decydentów postanowienia o refundacji leku dla wszystkich chorych. Negocjacje Ministerstwa Zdrowia z producentem leku przyniosły efekt i Nusinersen - bo tak ten lek się nazywa (zamienna nazwa to Spinraza) - od początku bieżącego roku jest refundowany dla wszystkich bez względu na wiek, stan zdrowia itd. 
Wydawało się, iż teraz jedyną rzeczą, która części osób może przeszkodzić w leczeniu, będzie decyzja lekarzy o nierealności leczenia ze względów zdrowotnych (trzeba tu bowiem spełniać pewne minimalne wymogi "techniczne"). 

Okazuje się jednak, iż ta refundacja "dla wszystkich" to stwierdzenie na wyrost. Przynajmniej na razie. Sytuacja wygląda różnie w poszczególnych województwach, jednak w Małopolsce przewidziano na ten moment środki na leczenie jedynie dwóch dorosłych osób (chodzi nie tylko o wysoką cenę preparatu, ale również duże koszty jego podawania, szkoleń dla personelu itd.). Cóż, SMA to rzeczywiście choroba rzadka, ale nie aż tak! 

Szpital w Krakowie jest obecnie na etapie selekcji owych dwóch osób. Żeby pomóc lekarzom, a jednocześnie skrócić cały proces i niepotrzebne zamieszanie oraz - co najważniejsze - nie mieć później żalu do osób trzecich, a co najwyżej do siebie - mam konkretną propozycję do moich Znajomych i nieznajomych z SMA: zagrajmy w pokera! 

Poker to męska, rzeczowa gra. Zorganizujmy turniej, którego patronem honorowym będzie NFZ. Dwóch najlepszych graczy zgłosi się po wszystkim do odpowiedniego szpitala, a reszta - honorowo - odpuści sprawę. Poza tym sam Zenek śpiewał, że gra z losem w pokera, więc czemu nie my? 
Aha, zaraz...  Przecież ja nie dam rady zagrać w pokera. Tam trzeba trzymać te karty w ręku w taki sposób, żeby reszta nie widziała. Przynajmniej część innych osób może mieć ten sam problem techniczny. Poker odpada. 

Szachy? W zasadzie to moja ulubiona gra i byłbym za - ale mam złe doświadczenia związane z turniejem szachowym. Rok temu brałem udział w takim turnieju na Uczelni. Było na poważnie, więc gra była obserwowana przez licencjonowanego arbitra, a czas odmierzały nam specjalne zegary szachowe. Przegrałem siedem z ośmiu partii, z czego sześć na czas. Szczególnie zapadł mi w pamięć jeden epizod. Otóż Kolega,  który był moim asystentem (masz szczęście, że jest RODO) i przestawiał mi figury, dokonał niemożliwego. Poprosiłem go, by wieżą z E8 zbił Konika - przeciwnik miał już tylko jednego, więc nie dodałem z którego pola. O zgrozo! Ku zszokowaniu mojemu, mojego przeciwnika, Konika, a nawet Króla - Kolega zbił Konika, ale mojego... Cóż, dla niego był to pierwszy w życiu kontakt z szachami - dla mnie chyba ostatni.

Szachy lepiej nie. Najszybciej byłoby zagrać w "Papier, kamień, nożyce". Tu jednak pojawia się ten sam problem techniczny, co z pokerem. Ja na przykład nie dam rady pokazać kamienia, bo mi się palce ciężko zginają. Nożyc tym bardziej. Zostaje mi papier, ale na samym papierze daleko nie zajadę. Poza tym trzeba mieć refleks, żeby wykonać ruch równolegle z drugim graczem, a zanim ja bym z tym papierem wystartował, to lek mógłby się już przeterminować i nawet nie byłoby o co walczyć. 

Z tego wszystkiego najlepsza będzie chyba "Mafia". Tam wystarczy umiejętność mówienia. Rolę narratora i mistrza gry, żeby było obiektywnie, mógłby pełnić chociażby ktoś z Ministerstwa, Poszczególni pacjenci po kolei odpadaliby z rozgrywki - aż do wyłonienia odpowiedniej liczby. 
To byłoby też ciekawe doświadczenie - zagrać w "Mafię" w, zapewne, kilkadziesiąt osób. Jedna rozgrywka, brak wymagań sprawnościowych. Tak, "Mafia"  to chyba najlepszy wybór. Jestem gotowy. 

Nie wiem tylko co bym ze sobą zrobił, gdybym jakimś cudem wygrał. Jeśli przeszedłbym pomyślnie kwalifikację medyczną - pozostałoby mi już tylko czekać na zastrzyki. Chyba nie byłbym jednak zbyt radosny mając świadomość, iż zostawiłem w przegranym polu osoby, z którymi jedziemy na tym samym wózku. Dajcie mi fory w tą "Mafię", to się z Wami solidarnie podzielę...  


piątek, 26 kwietnia 2019

Niesprawiedliwości stało się zadość

Narzekamy często na niesprawiedliwość na tym świecie. Że ludzie niesprawiedliwi, że choroby, że nierówności społeczne, że nieszczęścia... Ba! Że nawet Prawo i Sprawiedliwość nie jest takie sprawiedliwe! Domagamy się sprawiedliwości na każdym kroku. I dobrze, chyba dobrze. 

Zabawne jest jednak to, że sprawiedliwość to nasz konik aż do momentu, w którym ma ona dosięgnąć nas samych. Na przykład, przejechałem kiedyś przez ulicę na czerwonym świetle. Co więcej, dokonałem tego karygodnego czynu wraz z kolegą, którego w życiu nie posądziłbym o naginanie prawie i to tak spektakularne, brawurowe (pomińmy  nieistotny fakt, że był późny wieczór i w promieniu dwustu metrów nie było widać żywego ducha). Sprawiedliwość nakazywałaby, aby taką bandę jak my - inwalidę-kaskadera-szoguna i jego wspólnika - dosięgła ręka Władzy i wymierzyła karę nawet w postaci mandatu. Kiedy indziej, z innym kolegą, przejechałem przez ulicę nie na pasach, ponieważ były dość daleko, a czas naglił. Tu już był większy ruch samochodowy. I znowu - ręka sprawiedliwości powinna nas była dosięgnąć, gdyby ta sprawiedliwość istniała. Ale gdyby dosięgła, to co? 

Nie wiem jak koledzy, ale ja bym się bronił. Że jestem przecież biedny, niepełnosprawny, że to byłoby nie-spra-wie-dli-we gdybym ten mandat dostał, że przecież ja tak w ogóle to nie przechodziłem, tylko przejeżdżałem i żeby turlali dropsa. Chwilę później, zadowolony z faktu być może zaoszczędzenia kwoty, która miałaby pójść na karę, zacząłbym zapewne narzekać przy pierwszej, lepszej okazji, że nie ma sprawiedliwości na tym świecie... 

Oczywiście, przykład który podałem, jest dość błahy i może nawet komiczny. Ale mam nadzieję, że rozumiecie o co mi chodzi. O to, iż gdybyśmy mieli do wyboru, żeby było tak, jak jest, albo też aby sprawiedliwość istniała zawsze, wszędzie i bez wyjątku - to znając swoje wady, słabości, mniejsze i większe grzechy, mielibyśmy zapewne spory dylemat. Osoby wierzące widząc czasem różnego rodzaju krzywdy, tragedie itd., mają zapewne ochotę wykrzyczeć do Boga, że jest niesprawiedliwy. Gdyby jednak był sprawiedliwy w naszym ludzkim, potocznym sensie, to marny nasz los, patrząc na to, jak bardzo jesteśmy dla Niego niewdzięczni. Oczywiście, jak naucza Kościół, Jego miłosierdzie w żaden sposób nie eliminuje Jego sprawiedliwości, ale gdybyśmy to my byli bogami, sprawiedliwości nie byłoby być może żadnej, bo po prostu sami byśmy się jej bali. Pragniemy jej tak długo, jak długo sami mielibyśmy być poza jej zasięgiem (nie neguję przy tym, iż istnieją ludzie uczciwi i sprawiedliwi do tego stopnia, iż sami dobrowolnie zgłaszają się po wymierzenie im kary, jak niedawno uczynił jeden z pijanych kierowców). Ja sam nie wiem czy chciałbym istnienia absolutnej sprawiedliwości. W chwilach świętego oburzenia jak najbardziej! Ale z drugiej strony... 

Jeszcze na koniec - pamiętam, jak parę lat temu jeden ze znajomych opowiadał o śmierci swojej żony. Bardzo cierpiała. Rozgoryczony stwierdził, iż była dobrym człowiekiem, a tymczasem wielu podłych ludzi umiera w sposób łagodny, na który nie zasłużyli. Pomyślałem wtedy: Uff...  Jak to dobrze, że to nie nam oceniać kto jaką śmiercią ma umrzeć... 




poniedziałek, 1 kwietnia 2019

Kamień filozoficzny

Ostatnio na skrzynkę mailową otrzymałem wiadomość od pewnej fundacji. Z tytułu wynikało, iż chodzi o ofertę pracy. Nie przypominałem sobie, abym kiedykolwiek wcześniej miał kontakt z taką fundacją, ale w dobie, kiedy codziennie otrzymuję dziesiątki maili z przeróżnymi ofertami (począwszy od reklam środków na spalanie tłuszczu, poprzez redukcję szumów usznych, a skończywszy na...  Dobra, nieważne) - nie zdziwiłem się specjalnie i nawet otworzyłem. 

Nagłówek treści głosił, iż poszukiwana do pracy jest osoba z co najmniej umiarkowanym stopniem niepełnosprawności. Warunek ten spełniam z zamkniętymi oczami i palcem w nosie, więc czytam dalej. Konkretnie chodzi o operatora wózka - tu przez myśl mi już przebiegło, że przecież lepiej trafić nie mogli i już odpaliłem swój wózek, żeby jeszcze potrenować - ale doczytałem do końca i mieli na myśli jednak wózek widłowy.. .  Zatem to jednak nie dla mnie, choć tak dobrze się zaczęło. 

Nieraz już na blogu pisałem o kwestii paradoksu - czy też absurdu - zatrudniania osób niepełnosprawnych jako ochroniarzy itp., więc nie będę teraz tego rozwijał. To, co mnie tym razem szczególnie zastanowiło, to to, że dla niektórych może być to okazja do przekucia w atut tego, co wydaje się być największą słabością. Podziwiam ludzi, którzy tak właśnie czynią. Którzy umieją w sposób pozytywny dla siebie, a często nie tylko dla siebie, wykorzystać czy to swoją szeroko pojętą niedoskonałość lub niedoskonałości, czy doświadczenia, czy sytuacje... Sam tego często nie potrafię, może dlatego tak cenię to u innych. 

W jednej z powieści opisany jest dialog osoby z karłowatością oraz młodego chłopaka. Ten pierwszy zapytany dlaczego tak dużo czyta, zaczyna opowiadać w sposób szczery i sarkastyczny o losie, jaki zazwyczaj czeka osoby z jego przypadłością i nie jest to los ciekawy (akcja toczy się w fikcyjnej kulturze). Dodaje, iż stara się wykorzystać to, iż mózg ma normalnej wielkości i swoją nadzieję pokłada w zdobywaniu wiedzy. Udziela też chłopakowi porady, by ten umiejętnie wykorzystał i zamienił w swoją broń to, co jest jego największym wówczas problemem (tu akurat chodziło o bycie nieślubnym dzieckiem króla, bękartem). 

Myśl zawarta w tym dialogu nie jest w zasadzie oryginalna, ale czytając dał mi jakoś na nowo do myślenia. Nie wiem czy wszystko, co w życiu negatywne, da się dobrze wykorzystać, ale zazwyczaj można przynajmniej próbować. Czasami być może trzeba poczekać na odpowiednią szansę. Ot, jak ja, niewiele zabrakło, a nuż popylałbym na wózku widłowym, aż by kartony fruwały! To tylko trywialny przykład, ale być może jest to swojego rodzaju życiowy kamień filozoficzny... 

piątek, 15 marca 2019

50 twarzy inwalidy

Doczekałem się pierwszego w życiu profesjonalnego, czarnego jak heban, męskiego portfela. Dla dorosłych.  Po co mi portfel? Zazwyczaj kojarzymy go głównie z piniendzmi, ale ja zacząłem odczuwać jego brak, ponieważ co chwilę muszę odgrywać w życiu inną rolę.

Tak, rolę. W antropologii i socjologii mówi się o "aktorach społecznych". Każdy z nas w zasadzie nim jest. Trochę uproszczę tą złożoną teorię, ale w dużym skrócie chodzi o to, iż w życiu gramy różne role w zależności od sytuacji, kontekstu czy tego, co chcemy osiągnąć. I tak, na przykład, w tym nowym portfelu będę nosił "maski" do co najmniej trzech ról: obywatela, studenta i inwalidy.

Pierwszą pomaga mi odgrywąć dowód osobisty. Często okazuje się, że tu i teraz trzeba podać swój PESEL, numer dowodu itd., żeby załatwić jakąś sprawę. Jak sama nazwa wskazuje, potwierdza on, że ja to ja, a nie Jozin z Bazin czy Królowa Lodu. Co ciekawe, coś co wydaje nam się najbardziej intuicyjne, oczywiste ze wszystkiego, musimy potwierdzać jakimś ciągiem cyferek, liczb i kawałkiem plastiku.

Moją drugą rolą, jaką potwierdzam plastikiem, jest rola studenta. Dorobiłem się już trochę tych legitymacji. Na każdej inne zdjęcie, inna koszula, inna fryzura, jakbym szykował jakiś przekręt i miał trzy tożsamości. To więcej niż miał dr Jekyll i mr Hyde w jednym. Legitymacja studencka przydaje mi się od czasu do czasu, choćby w celach naukowych. 

No i trzeci plastik -  legitymacja emeryta-rencisty. Ona jest jak filmowy "paszport Polsatu". Dzięki niej mogę mieć zniżkę na wszystko - na komunikację miejską (a nawet mogę z niej korzystać ze darmo), do kina, na ugul, na siłownię, na bungee (choć po tym można zostać inwalidą)...  Dawniej marzeniem wielu Polaków była "zielona karta" dająca przepustkę do USA; teraz w cenie są inne zielone karty. 

Dzięki portfelowi nareszcie wszystkie tożsamości będą w jednym miejscu. I w jednym człowieku. 

czwartek, 28 lutego 2019

Zdeterminowany

Dziś wpis troszkę filozoficzny, ale tylko troszkę. Lekki autor -  lekka filozofia. 

Determinizm (w dużym skrócie, gdyż pojęcie to jest wieloznaczne)  głosi, iż wszystko, co się dzieje, dzieje się w taki, a nie inny sposób, ze względu na swoją przyczynę. Ciąg wydarzeń zatem, w pewnym ujęciu, przebiega nieskończenie wstecz. Janusz kupił Passata, bo wcześniej kupił go somsiad. Somsiad kupił Passata, żeby zaimponować Grażynie. Chciał zaimponować Grażynie, ponieważ Grażyna była smutna, że jej koleżanki mają już Passata, a ona nie itd. itd. Wszystko ma swoją przyczynę. 

Niby jest to intuicyjne, ale gdyby starannie to przemyśleć, można dojść do wniosku, do jakiego doszli niektórzy filozofowie i naukowcy, a mianowicie, że skoro tak jest, to my jako ludzie nie mamy wolnej woli. Wydaje nam się, iż robimy daną rzec, bo chcemy, a tak naprawdę robimy ją, ponieważ to wynika z ciągu przyczyn czy to tkwiących w naszym mózgu, czy to z przyczyn społecznych, genetycznych...  Oczywiście, nie wszyscy myśliciele twierdzą na tej podstawie, iż wolna wola to tylko iluzja, ale w filozofii jest to od tysięcy lat bardzo istotna kwestia namysłu, teraz zaś także wśród biologów, fizyków itp. Dlaczego istotna? Ano pewnie dlatego, że na co dzień wolna wola jest dla nas czymś naturalnym, intuicyjnym i chyba większości osób byłoby smutno na myśl, że nie jesteśmy tak naprawdę wolni, a zdeterminowani i nasze "chcenie" czegoś, nasze wybory albo nie to tylko iluzja. 

Nie chcę teraz wchodzić w szczegóły tego tematu, bo to pole do dyskusji na kolejne tysiące lat. Miałem natomiast dość ciekawą sytuację jakiś czas temu. Przygotowywałem akurat artykuł na uczelnię na temat wolnej woli i determinizmu i myślałem intensywnie nad tymi sprawami. W tym czasie napisał do mnie kolega, z którym dość dawno nie miałem kontaktu. Pytał co u mnie, jakie plany naukowe i nie tylko na najbliższą przyszłość. Opisałem w skrócie co i jak. "Dasz radę" -  odpisał -  "Jesteś zdeterminowany"...  

W pierwszej chwili aż mnie zmroziło, że w takim właśnie akurat momencie taki tekst mi ktoś napisał. Jak widać, determinizm może jednak oznaczać w innym sensie po prostu silną, nieuchronną wolę w dążeniu do celu, więc jest to jakiś tam komplement... Przed determinacją, w pewnym sensie, nie ma ucieczki. 

Tak się właśnie zastanawiam czy jeżeli będę kiedyś na tyle zdeterminowany, by pójść na ugul rehabilitacyjny i przypakować nieco na lato i zrobić rzeźbę (koleżanka wjechała mi kiedyś na ambicję, bo powiedziała, że jestem tak chudy, że schowałbym się nawet za oszczepem), to dobrze czy źle? To będzie wolna wola czy iluzja wolnej woli? Daniel Dennett również zauważył, że niby boimy się determinizmu, a z drugiej strony słowo to ma nieraz pozytywne znaczenie (choć kontekst jest nieco inny). 

Jestem zdeterminowany, żeby przybrać na wadze i awansować z kategorii papierowej do muszej! Niezależnie od tego co z tą wolą. Ale - jak mówią niektórzy - najpierw wiedza, potem rzeźba! 

poniedziałek, 26 lutego 2018

Dorosłość samodzielna

Psychologia strach przed zmianami uważa za coś naturalnego. Nawet, jeżeli zmiana ta prowadzić ma do poprawy sytuacji. Prowadzi to czasami do dramatycznych skutków. Tacy jesteśmy. "Jest ch....., ale stabilnie"  -  głoszą napisy na memach i jest to trafne podsumowanie naszej reakcji obronnej. 

Jestem i ja zagrożony. Przynajmniej tak się czuję. Naukowcy ciągle dążą do wynalezienia leku na moją chorobę, ba, jeden już nawet wynaleźli (na szczęście jest tak drogi, że jego przyjęcie mi nie grozi, a przynajmniej nie wcześniej niż za 150 lat, kiedy już na niego zaoszczędzę przy optymistycznych obliczeniach). Teoretycznie powinienem się cieszyć i czekać z nadzieją. Jednak jeśli kiedyś doszłoby do tego, że będę nagle pełnosprytny, to co wtedy będzie? Będę musiał nauczyć się życia od nowa. 

Po pierwsze - trzeba będzie nauczyć się chodzić. Moi rówieśnicy już dawno tą akcję mają za sobą. Niektórzy mają ją opanowaną do tego stopnia, że i po Juwenaliach są w stanie chodzić, a przynajmniej są w stanie próbować. Dla mnie ta czynność jest obca i głupio będzie wyglądało, jak absolwent szkoły wyższej będzie co chwilę na ulicy robił buuuulala...  Stracę na dzielni resztki szacunku, który dotąd uzyskałem być może właśnie tylko dzięki temu, że nie chodzę. 

Ale gdybym tak nauczył się chodzić - choćby ruchem jednostajnym prostoliniowym - dalej będzie tylko gorzej. Przyjdzie bowiem czas, by nauczyć się parzyć herbatę. A to trzeba przecież umieć otworzyć czajnik, nalać wodę, postawić czajnik na odpowiednim miejscu, uruchomić, nie pomylić kolejności... Dotąd te sztuczki znam tylko z widzenia i legend, ledwo z resztą odróżniam czajnik od patelni (bo i na co mi nadmiar wiedzy?), a co będzie jak wyzdrowieję? 

Idźmy dalej. Wypadać będzie nauczyć się obierać ziemniaki. Całe życie to mi obierano, pasuje więc choć trochę się odwdzięczyć. Niestety, do tego potrzebny jest nóż, a ja będę musiał nauczyć się go nie dość, że trzymać, to jeszcze nim posługiwać i to tak bezbłędnie, żeby nie obrać palca zamiast ziemniaka. Kosmos. Sztuka ubrania się - samodzielnego - przerasta już moje najśmielsze fantazje. Połamię sobie przy tym przecież wszystkie kończyny i zaś wrócę do punktu wyjścia... Ja nie wiem jak ludzie to robią. Trzeba mieć nie byle technikę i koordynację ruchową. 

Zakupy należą już do wyższych czynności społeczno-gimnastycznych. Na takie akcje się nie piszę. To trzeba odróżnić przecież mleko od cukru, jabłka od pasztetu, włożyć do koszyka, zapłacić... Nigdy tego nie robiłem, wiem tylko tyle, że jajka się biorą ze sklepu i to wszystko. Jeśli już miałbym zrobić zakupy, to przez pierwszych kilka lat z kimś dorosłym obok. Najlepiej z Mamą. Będzie bezpiecznie. 

A przecież sztuka chodzenia, ziemniaki, czajnik i zakupy do dopiero wierzchołek góry lodowej. "Dżungla życia" samodzielnego jest o wiele bardziej niebezpieczna. Poza tym jest jeszcze jedna kwestia, fundamentalna: czy wraz z tą nauką życia nie musiałbym od nowa rozpocząć rozwoju intelektualnego? Pytanie otwarte, ale kwestia wyzdrowienia nadal nierealna. 

niedziela, 10 grudnia 2017

Wpływy, wpływy...

Fundacja "Integracja"  opublikowała ostatnio "książkę" poświęconą 100 najbardziej wpływowym niepełnosprawnym w Polsce (tutaj) . Są na tej liście trzy osoby, które miałem okazję poznać osobiście i uważam, że zupełnie słusznie zostały wyróżnione. W tej publikacji, nie wiedzieć dlaczego, brakuje tylko mojej osoby. Cóż, tym gorzej dla publikacji... 

A na serio, wpływowy to rzeczywiście raczej nie jestem. Mój wpływ ogranicza się najczęściej do tego, że gdy np. zapomnę zapłacić rachunku za Internet, uruchamiam wówczas cały system mający na celu dostarczenie przypomnienia. Zaangażowanych jest wówczas trochę osób, bo to i w firmie dostawcy ktoś musi zareagować, i poczta, i listonosz... Nie muszę zatem nic robić, by wywołać wpływ, więc strach pomyśleć, co by było, gdybym coś zrobił. 

Tak więc wpływowy jestem tak średnio, za to w miejscach publicznych (ulica, przystanek, kościół itd.) trudno wielu osobom przejść obok mnie obojętnie. Trudno przejść starszym osobom, dzieciom, panom menelom, pijanemu policjantowi po służbie, chorej psychicznie kobiecie w średnim wieku, nawalonemu kibolowi po meczu, szalonym naukowcom, biskupowi, hipisowi, Arabowi, a i tak pewnie kogoś pominąłem. 

Starszym osobom chyba najtrudniej ot tak mnie ominąć, bo jestem trochę wyróżniający się, często pytają czy mogą pomóc, a poza tym chcą się komuś zwierzyć ze swojego życia, a ja wyglądam na idealnego kandydata. Dzieciom, bo z ciekawością dopytują rodziców o co chodzi z tym panem i z tym wózeczkiem. Jestem dla nich dużo bardziej atrakcyjny od smoka wawelskiego, który niczym się w zasadzie nie wyróżnia, poza tym, że jest smokiem i zieje ogniem. Nudy. 

Panom menelom trudno mnie zignorować, bo chcą ze mną po prostu pogadać o wózku, ale i o życiu. Domyślają się, że moje jest równie niestandardowe, jak ich. Pijany policjant po służbie chce mnie eskortować aż do samych drzwi. Chorej psychicznie kobiecie nie umknę uwadzę, bo pragnie mnie głaskać i przytulać, uśmiechając się do mnie przy tym, jak gdyby wciągnęła pół hektara marihuany. Mocno nietrzeźwy kibic bez karku zaczepia mnie po meczu, ale nie po to, żeby obić. Zdejmuje z siebie klubową koszulkę i mi ją wręcza, a na koniec robi sobie ze mną selfie. Taka pomeczowa wymiana koszulek między Messim a Ronaldo... Szaleni naukowcy nie przejdą, bo kojarzę im się z wyzwaniami dla nauki. Biskup podchodzi, by mnie pobłogosławić, hipis, żeby poklepać po ramieniu i pocieszyć, Arab mówi "dzień dobry", bo widzi, że podobnie jak on jestem przedstawicielem jakiejś mniejszości... 

Może więc jestem w jakimś sensie wpływowy. Ale znowu przez to, że nic nie robię, tylko, że jestem jaki jestem...