Byłem zagłosować. Demokracja jest niestety, taki ustrój, co zrobić...
Lokal był w liceum w pobliżu akademika. Przy wejściu leżą sobie jednak schody, a podjazd za stromy. W dodatku ślisko...
Tak się nas traktuje, niepełnosprytnych wyborców - niech sobie zęby powybijają i niech im się raz na zawsze odechce głosować, darmozjadom jednym! Ewentualnie niech głosują przez pełnomocnika - czyli legalna wersja akcji "zabierz babci dowód" (albo korespondencyjnie, ale wtedy trzeba się zdecydować na kandydata najpóźniej trzy dni przed wyborami i choćby nie wiadomo co się stało na dwa dni przed - masz pecha).
W każdym razie - do środka wjechać się za bardzo nie dało. Cwaniaki. Oni oczywiście chcą, żeby niepełnosprawni głosowali - bo to XXI. wiek itd. - ale zwłaszcza żeby to byli ci, którzy mają Parkinsona albo padaczkę (bez obrazy oczywiście - zanik mięśni nie lepszy), bo zawsze ręka się może przypadkiem omcknąć przy kratce i wtedy kartę trzeba wrzucić do kosza... No ewentualnie Alzheimer, bo wtedy i tak się nie zawsze wie, na kogo się głosuje.
Ja natomiast zadanie miałem utrudnione. Na szczęście w Komisji znaleźli się dobrzy ludzie. Na prośbę mojej Mamy wyszli przed budynek - młoda ona, młody on - przynieśli kartę... Pozwolili nawet na moją prośbę, żeby to Mama nakreśliła ten krzyżyk; widocznie bali się, nie bez racji z resztą, że w przeciwnym razie zejdzie nam tam do wyborów parlamentarnych. Tak czy owak - udało się!
Jednak i tak najlepszy był tekst młodej i miłej Pani z Komisji, która na koniec życzyła mi... szybkiego powrotu do zdrowia (she made my day)... Póki co jednak, jaki ustrój - taki wyborca!
niedziela, 24 maja 2015
sobota, 9 maja 2015
Moja Pielgrzymka do Lourdes
Kilka dni temu wróciłem z czterodniowej pielgrzymki do Lourdes, o której wspomniałem w poprzednim wpisie. Udało mi się tam wyjechać (z Mamą) dzięki Polskiej Asocjacji Zakonu Maltańskiego, który od wielu lat organizuje dla osób niepełnosprawnych pielgrzymkę do tego jakże ważnego - nie tylko dla katolików - miejsca. Byłem tam także w charakterze reportera (choć to słowo chyba zbyt poważnie brzmi) realizującego wraz z Kubą - pod okiem i dzięki pomysłowi Pani Pauliny z Uniwersytetu Papieskiego - materiał o tym wydarzeniu (gdy będzie gotowy, na pewno napiszę). A wydarzenie to nie byle jakie, bowiem około 140 osoba grupa polskich pielgrzymów - Kawalerów Maltańskich, wolontariuszy i chorych - stanowiła tylko część Światowej Pielgrzymki Zakonu z osobami niepełnosprawnymi, która w tym roku - podobnie jak w poprzednich - liczyła około 8000 osób z całego globu. Ale o tym za chwilę...
Polska Pielgrzymka podróżowała podzielona na trzy grupy: krakowską (samolotem do Tuluzy, z przesiadką w Monachium), warszawską (z przesiadką w Amsterdamie) oraz katowicką, która przyjechała do Lourdes autokarem. Ja znalazłem się tej pierwszej. Integracja pomiędzy uczestnikami wyjazdu zaczęła się już w terminalu. Atmosfera była miła, małą nerwówkę inicjowała tylko obsługa lotniska (czy też linii lotniczej), której nie podobały się akumulatory w moim wózku i które, jak nalegali, miały lecieć poza wózkiem. Chwilę później jednak, lotniskowy PR w moich oczach zdecydowanie poprawiła pani z obsługi pasażerów niepełnosprawnych, która transportowała mnie i kilka innych osób do samolotu. Nie wiem, niestety, jak się nazywała; wiem tylko, że studiuje filologię angielską i że pracuje we środy, czwartki oraz weekendy (pech chciał, że powrót mieliśmy we wtorek). Gdyby ktoś coś wiedział, to dajcie znać, bo chyba muszę z nią wywiad przeprowadzić...
Lot do stolicy Bawarii był spokojny. Niestety, na tamtejszym terminalu nie miałem do dyspozycji swojego wózka - który czekał już na następny samolot. Półtorej godziny oczekiwania spędziłem więc leżąc na krzesełkach, wyglądając zapewne jak "ofiara reform" Balcerowicza, Buzka i innych. W miłym towarzystwie czas jednak upłynął przyjemnie; trzeba się było zbierać do Tuluzy.
Tu pojawił się jednak poważny problem. Okazało się, że mój wózek nie zmieści się do luki bagażowej i do Tuluzy przyleci nieco później inną drogą - przez Frankfurt. Został więc w Monachium, a my z opóźnieniem odlecieliśmy do Francji.
Tamten lot także odbył się bez przeszkód. Na lotnisku przywitała nas dosyć ciepła temperatura. Do miejsca, gdzie mieliśmy czekać na autokar, wieziono mnie na tradycyjnym, typowym wózku. Niestety, jako, że jestem niepełnosprytny bardziej niż ustawa przewiduje, do poczekalni - a to spory kawałek - jechałem z głową skierowaną w górę i gdyby nie było za późno, prawdopodobnie zmieniłbym temat swojej pracy licencjackiej na coś w stylu: Wpływ systemu politycznego Francji na konstrukcję dachu terminala pasażerskiego lotniska w Tuluzie. Jakoś jednak dojechałem i w czasie kiedy mój wózek woził się po Republice Federalnej Niemiec, my jechaliśmy autokarem do Lourdes...
Dzięki życzliwości Kawalerów, już tuż po przyjeździe do hotelo-szpitala - gdzie zamieszkała duża część pielgrzymów (nie tylko z Polski) - na łóżku szpitalnym pojechałem do Groty (znajdującej się dosłownie 200 metrów od hotelu), gdzie objawiła się Matka Boża. Było to dla mnie duże przeżycie, tym bardziej, że jeszcze półtorej miesiąca wcześniej nie pomyślałbym, że będę w tym miejscu, o którym tyle słyszałem.
Na tym samym łóżku pojechałem też na Mszę Św. do hotelowej kaplicy. Pod jej koniec, podczas "ogłoszeń", zostałem przedstawiony jako członek ekipy dziennikarskiej. Musiało to wśród zgromadzonych wywołać lekką konsternację, bowiem niecodziennie widzi się reportera w akcji, modlącego się w kaplicy na szpitalnym łóżku, który ponadto nawet nie jest reporterem wojennym. Ktoś jednak musi stawiać na innowacje i tym razem projektodawcą zostałem ja. A wózek... Dotarł późnym wieczorem, dzięki zaangażowaniu organizatorów.
Duże, bardzo duże wrażenie robi Lourdes w trakcie wizyty Zakonu Maltańskiego i chorych ze wszystkich stron Świata; Kawalerowie i Damy Maltańskie w pięknych, tradycyjnych strojach; w swoich kostiumach także wolontariusze i wolontariuszki. Niepełnosprawni na wózkach, łóżkach, charakterystycznych rikszach - na czym się da. Przedział wiekowy przybyłych - od 1 do 101 lat. Wszyscy naprawdę serdeczni, otwarci. Poznałem dużo osób nie tylko z Polski, ale i choćby z Francji, Niemiec, a zwłaszcza z Włoch; tym ostatnim buzia się nie zamyka, a jadąc z nimi przez kilkadziesiąt sekund w windzie, można się było już nieźle zapoznać. Raz mi tylko nie poszła rozmowa, gdy chciałem - po raz pierwszy w praktyce - sprawdzić swój włoski. Z początku sobie radziłem, ale po chwili dialogu przesympatyczna rozmówczyni stwierdziła, że mnie nie rozumie, bo ona jest z Włoch...
Miałem też parę - choć stosunkowo mało - ciekawych dialogów w związku z moją dykcją. Jeden, gdy tłumaczyłem, skąd przyleciałem (było co prawda głośno):
- Skąd jesteś?
- Z Krakowa
-A, z Gorzowa...
- Kraków - powtórzyłem
- A, Goorzóów... Ale Wielkopolski?
W tym momencie zrobiło mi się zasadniczo wszystko jedno skąd jestem (i mógłbym być nawet z Honolulu), ale resztkami sił wykrztusiłem: "K.R.A.K.Ó.W." - i prawda ujrzała światło dzienne.
Było wiele wydarzeń wartych opisania, ale trudno byłoby chyba to zwięźle i sensownie oddać: Msza Św. dla całej Światowej Pielgrzymki pod przewodnictwem kard. Burke, procesja Różańcowa z lampionami, obiad u polskich sióstr... To wszystko w niesamowitym położeniu - dokoła Pireneje, w oddali na szczytach śnieg... No i to miejsce, jedyne w swoim rodzaju dla ludzi wierzących.
Nawiasem mówiąc, w pewnym sensie doznałem tam cudu, bowiem do Polski wróciłem... bez wózka! Naprawdę! Niestety dwa dni później przyjechał autokarem.
Chciałbym na koniec za wszystko podziękować naprawdę każdemu uczestnikowi Pielgrzymki - zwłaszcza zaś organizatorom wyprawy, szefom grup, ogólnie - całemu Zakonowi Maltańskiemu, za finansowe i organizacyjne umożliwienie wyjazdu; Pani Paulinie, dzięki której powstał pomysł reportażu i mojego przez to pobytu w Lourdes; Kubie za za miłą współpracę i towarzystwo; Mamie, bo pomimo życzliwej pomocy uczestników, podróż nie była łatwa fizycznie; Mateuszowi, który także się mną opiekował i naprawdę wszystkim pozostałym! Miło było Was poznać i przeżyć z Wami te niezwykłe chwile...
(dopisek): Generalnie na swoim blogu nie zamieszczam zdjęć, ale tym razem wrzucę kilka; polecam całą galerię Piotra Idema dostępną tutaj: galeria
Polska Pielgrzymka podróżowała podzielona na trzy grupy: krakowską (samolotem do Tuluzy, z przesiadką w Monachium), warszawską (z przesiadką w Amsterdamie) oraz katowicką, która przyjechała do Lourdes autokarem. Ja znalazłem się tej pierwszej. Integracja pomiędzy uczestnikami wyjazdu zaczęła się już w terminalu. Atmosfera była miła, małą nerwówkę inicjowała tylko obsługa lotniska (czy też linii lotniczej), której nie podobały się akumulatory w moim wózku i które, jak nalegali, miały lecieć poza wózkiem. Chwilę później jednak, lotniskowy PR w moich oczach zdecydowanie poprawiła pani z obsługi pasażerów niepełnosprawnych, która transportowała mnie i kilka innych osób do samolotu. Nie wiem, niestety, jak się nazywała; wiem tylko, że studiuje filologię angielską i że pracuje we środy, czwartki oraz weekendy (pech chciał, że powrót mieliśmy we wtorek). Gdyby ktoś coś wiedział, to dajcie znać, bo chyba muszę z nią wywiad przeprowadzić...
Lot do stolicy Bawarii był spokojny. Niestety, na tamtejszym terminalu nie miałem do dyspozycji swojego wózka - który czekał już na następny samolot. Półtorej godziny oczekiwania spędziłem więc leżąc na krzesełkach, wyglądając zapewne jak "ofiara reform" Balcerowicza, Buzka i innych. W miłym towarzystwie czas jednak upłynął przyjemnie; trzeba się było zbierać do Tuluzy.
Tu pojawił się jednak poważny problem. Okazało się, że mój wózek nie zmieści się do luki bagażowej i do Tuluzy przyleci nieco później inną drogą - przez Frankfurt. Został więc w Monachium, a my z opóźnieniem odlecieliśmy do Francji.
Tamten lot także odbył się bez przeszkód. Na lotnisku przywitała nas dosyć ciepła temperatura. Do miejsca, gdzie mieliśmy czekać na autokar, wieziono mnie na tradycyjnym, typowym wózku. Niestety, jako, że jestem niepełnosprytny bardziej niż ustawa przewiduje, do poczekalni - a to spory kawałek - jechałem z głową skierowaną w górę i gdyby nie było za późno, prawdopodobnie zmieniłbym temat swojej pracy licencjackiej na coś w stylu: Wpływ systemu politycznego Francji na konstrukcję dachu terminala pasażerskiego lotniska w Tuluzie. Jakoś jednak dojechałem i w czasie kiedy mój wózek woził się po Republice Federalnej Niemiec, my jechaliśmy autokarem do Lourdes...
Dzięki życzliwości Kawalerów, już tuż po przyjeździe do hotelo-szpitala - gdzie zamieszkała duża część pielgrzymów (nie tylko z Polski) - na łóżku szpitalnym pojechałem do Groty (znajdującej się dosłownie 200 metrów od hotelu), gdzie objawiła się Matka Boża. Było to dla mnie duże przeżycie, tym bardziej, że jeszcze półtorej miesiąca wcześniej nie pomyślałbym, że będę w tym miejscu, o którym tyle słyszałem.
Na tym samym łóżku pojechałem też na Mszę Św. do hotelowej kaplicy. Pod jej koniec, podczas "ogłoszeń", zostałem przedstawiony jako członek ekipy dziennikarskiej. Musiało to wśród zgromadzonych wywołać lekką konsternację, bowiem niecodziennie widzi się reportera w akcji, modlącego się w kaplicy na szpitalnym łóżku, który ponadto nawet nie jest reporterem wojennym. Ktoś jednak musi stawiać na innowacje i tym razem projektodawcą zostałem ja. A wózek... Dotarł późnym wieczorem, dzięki zaangażowaniu organizatorów.
Duże, bardzo duże wrażenie robi Lourdes w trakcie wizyty Zakonu Maltańskiego i chorych ze wszystkich stron Świata; Kawalerowie i Damy Maltańskie w pięknych, tradycyjnych strojach; w swoich kostiumach także wolontariusze i wolontariuszki. Niepełnosprawni na wózkach, łóżkach, charakterystycznych rikszach - na czym się da. Przedział wiekowy przybyłych - od 1 do 101 lat. Wszyscy naprawdę serdeczni, otwarci. Poznałem dużo osób nie tylko z Polski, ale i choćby z Francji, Niemiec, a zwłaszcza z Włoch; tym ostatnim buzia się nie zamyka, a jadąc z nimi przez kilkadziesiąt sekund w windzie, można się było już nieźle zapoznać. Raz mi tylko nie poszła rozmowa, gdy chciałem - po raz pierwszy w praktyce - sprawdzić swój włoski. Z początku sobie radziłem, ale po chwili dialogu przesympatyczna rozmówczyni stwierdziła, że mnie nie rozumie, bo ona jest z Włoch...
Miałem też parę - choć stosunkowo mało - ciekawych dialogów w związku z moją dykcją. Jeden, gdy tłumaczyłem, skąd przyleciałem (było co prawda głośno):
- Skąd jesteś?
- Z Krakowa
-A, z Gorzowa...
- Kraków - powtórzyłem
- A, Goorzóów... Ale Wielkopolski?
W tym momencie zrobiło mi się zasadniczo wszystko jedno skąd jestem (i mógłbym być nawet z Honolulu), ale resztkami sił wykrztusiłem: "K.R.A.K.Ó.W." - i prawda ujrzała światło dzienne.
Było wiele wydarzeń wartych opisania, ale trudno byłoby chyba to zwięźle i sensownie oddać: Msza Św. dla całej Światowej Pielgrzymki pod przewodnictwem kard. Burke, procesja Różańcowa z lampionami, obiad u polskich sióstr... To wszystko w niesamowitym położeniu - dokoła Pireneje, w oddali na szczytach śnieg... No i to miejsce, jedyne w swoim rodzaju dla ludzi wierzących.
Nawiasem mówiąc, w pewnym sensie doznałem tam cudu, bowiem do Polski wróciłem... bez wózka! Naprawdę! Niestety dwa dni później przyjechał autokarem.
Chciałbym na koniec za wszystko podziękować naprawdę każdemu uczestnikowi Pielgrzymki - zwłaszcza zaś organizatorom wyprawy, szefom grup, ogólnie - całemu Zakonowi Maltańskiemu, za finansowe i organizacyjne umożliwienie wyjazdu; Pani Paulinie, dzięki której powstał pomysł reportażu i mojego przez to pobytu w Lourdes; Kubie za za miłą współpracę i towarzystwo; Mamie, bo pomimo życzliwej pomocy uczestników, podróż nie była łatwa fizycznie; Mateuszowi, który także się mną opiekował i naprawdę wszystkim pozostałym! Miło było Was poznać i przeżyć z Wami te niezwykłe chwile...
(dopisek): Generalnie na swoim blogu nie zamieszczam zdjęć, ale tym razem wrzucę kilka; polecam całą galerię Piotra Idema dostępną tutaj: galeria
czwartek, 30 kwietnia 2015
Prawdziwa szansa
W ostatnim wpisie opublikowałem moje zgłoszenie na casting telewizyjny. Stacja, jak na razie, nie odpowiedziała. Ale...
Tak się stało, że otrzymałem szansę zrobienia profesjonalnego reportażu telewizyjnego - tym razem na serio - i jutro rano, dzięki Zakonowi Maltańskiemu (i nie tylko) lecę na cztery dni do Lourdes. Więcej szczegółów po powrocie. Tymczasem proszę o modlitwę - tak ogólnie. Ja też będę pamiętał.
kamil
Tak się stało, że otrzymałem szansę zrobienia profesjonalnego reportażu telewizyjnego - tym razem na serio - i jutro rano, dzięki Zakonowi Maltańskiemu (i nie tylko) lecę na cztery dni do Lourdes. Więcej szczegółów po powrocie. Tymczasem proszę o modlitwę - tak ogólnie. Ja też będę pamiętał.
kamil
środa, 22 kwietnia 2015
Życiowa szansa
W sieci znalazłem ostatnio taką ofertę jednej ze stacji tv:
Postanowiłem spróbować. Wysłałem wiadomość o następującej treści (dodaję też zrzut z ekranu, by dowieść, iż faktycznie jest ona w folderze "wysłane" i że "nie ma lipy"):
"Witam,
Dam znać, gdy odpiszą.
Pozdrawiam!
Postanowiłem spróbować. Wysłałem wiadomość o następującej treści (dodaję też zrzut z ekranu, by dowieść, iż faktycznie jest ona w folderze "wysłane" i że "nie ma lipy"):
"Witam,
piszę w związku z ofertą pracy dla reportera/prezentera. Choruję na zanik mięśni, poruszam się na wózku inwalidzkim. Doświadczenie przed kamerą - niewielkie, ale mam. Studia I. stopnia właśnie kończę, ale moje główne atuty leżą gdzie indziej...
"Dobry głos i dykcja". Więc tak: mówię trochę niewyraźnie i dosyć cicho. Gwarantuje to zatem, iż telewidz - chcąc usłyszeć wiadomości - będzie się niezwykle mocno skupiał na moich słowach. I tylko na nich! Poza tym, nawet jeśli ktoś czegoś nie usłyszy, to jeszcze nie wszystko stracone; będzie miał drugą, a nawet trzecią szansę - gdyż czasem się jąkam!
"Dobra prezencja". Bingo! Nie jestem raczej nad wyraz reprezentatywny, więc znowu - uwaga zostanie skierowana bezpośrednio w informacje, nie we mnie! O to chyba chodzi, prawda? Minimum formy - maksimum treści!
"Umiejętność pracy pod presją czasu". Mam to we krwi, jestem bezbłędny. Np. pisząc coś, nigdy w pośpiechu się nie mylę, ponieważ i tak... piszę bardzo powoli. Tak powoli, że pomylić się nie da!
Jeszcze jedna duża zaleta: jestem na rencie, więc ZUS z głowy!
Czekam na konstruktywne propozycje.
Z wyrazami szacunku,
Kamil Cierniak"
Dam znać, gdy odpiszą.
Pozdrawiam!
poniedziałek, 30 marca 2015
Nie spalą mnie żywcem!
Wczoraj, oglądając mecz, czułem dumę z naszych kibiców (nota bene. jakby Polska wygrała i tamtejsi Polacy przez świętowanie nie przyszli dziś do pracy, to Irlandia by stanęła i dopiero by nas docenili). Piłką interesuję się od dziecka, ale jeszcze chyba nie widziałem, żeby tylu kibiców na stadionie cieszyło się z gola dla gości! Nasi są wszędzie! To efekt przemyślanej polityki polskich władz od wielu lat - że niby emigracja, a tu o wsparcie dla naszych piłkarzy jednak chodzi! Zwracam honor...
Mało tego. Proponuję władzy dalsze przyzwolenie na urzędniczy totalitaryzm, dalsze nasyłanie (jak w listopadzie u.r.) na firmy kontrolerów z odgórnie wyznaczonym odsetkiem ukaranych pod groźbą zwolnienia, dalsze przyzwolenie na gnębienie przedsiębiorców, na dalsze patologie aż do chwili, kiedy więcej Polaków będzie mieszkać poza krajem, niż w nim; aż do momentu, gdy Polacy za chlebem wyjadą nawet do Korei Północnej. NIECH POLSKIE KIBICOWANIE BĘDZIE SŁYCHAĆ AŻ W PHENiANIE!
Tymczasem rząd planuje jednak oszczędności, chce coś zmienić w gospodarce. Zaczynają od... niepełnosprawnych. Dziady chcą nas spalić żywcem!
Czytałem kilka dni temu, że na Stadionie Narodowym - gdzieś w kawiarni - wybuchł pożar, podczas którego niepełnosprawni nie mogli zjechać windą, bo ta automatycznie została zablokowana (takie przepisy). To samo było kilka dni temu w jednej z krakowskich galerii (ani tu, ani tu nikomu chyba nic się nie stało). Przypadek? Nie sądzę. To zorganizowana akcja! Najpierw przepisy, a teraz wszczynają pożary!
Wiecie, to pewnie trochę śmieszne, ale ja boję się schodów w dół. Często mijając je, miewam dantejskie wizje, jak po nich zjeżdżam. Boli...
Boli, ale jak nie będzie wyjścia - to zjadę. Żywcem mnie nie spalą pionki jedne! Nie dam im tej satysfakcji. Takieego wała! Choćby mnie mieli skrobać szpachelką. System emerytalny niech reformują, a nie na rentę się czają! I tak zjadę po schodach i się nie spalę - w najgorszym razie na wózku usiądę, a oni (czyli Wy) jeszcze odszkodowanie zabulą...
Nie spalicie mnie - tylko tyle Wam powiem!
W tym miejscu, na koniec pasowałoby pewnie mądrze zakończyć wpis jakąś taką mądrą paralelą do Świąt. Mam tylko tą: życzę Wam, aby te Święta były dla Was takim duchowym pożarem, wyrywającym z marazmu i rutyny, zachęcającym do refleksji; najlepiej nieustannej...
Spokojnych Świąt!
Mało tego. Proponuję władzy dalsze przyzwolenie na urzędniczy totalitaryzm, dalsze nasyłanie (jak w listopadzie u.r.) na firmy kontrolerów z odgórnie wyznaczonym odsetkiem ukaranych pod groźbą zwolnienia, dalsze przyzwolenie na gnębienie przedsiębiorców, na dalsze patologie aż do chwili, kiedy więcej Polaków będzie mieszkać poza krajem, niż w nim; aż do momentu, gdy Polacy za chlebem wyjadą nawet do Korei Północnej. NIECH POLSKIE KIBICOWANIE BĘDZIE SŁYCHAĆ AŻ W PHENiANIE!
Tymczasem rząd planuje jednak oszczędności, chce coś zmienić w gospodarce. Zaczynają od... niepełnosprawnych. Dziady chcą nas spalić żywcem!
Czytałem kilka dni temu, że na Stadionie Narodowym - gdzieś w kawiarni - wybuchł pożar, podczas którego niepełnosprawni nie mogli zjechać windą, bo ta automatycznie została zablokowana (takie przepisy). To samo było kilka dni temu w jednej z krakowskich galerii (ani tu, ani tu nikomu chyba nic się nie stało). Przypadek? Nie sądzę. To zorganizowana akcja! Najpierw przepisy, a teraz wszczynają pożary!
Wiecie, to pewnie trochę śmieszne, ale ja boję się schodów w dół. Często mijając je, miewam dantejskie wizje, jak po nich zjeżdżam. Boli...
Boli, ale jak nie będzie wyjścia - to zjadę. Żywcem mnie nie spalą pionki jedne! Nie dam im tej satysfakcji. Takieego wała! Choćby mnie mieli skrobać szpachelką. System emerytalny niech reformują, a nie na rentę się czają! I tak zjadę po schodach i się nie spalę - w najgorszym razie na wózku usiądę, a oni (czyli Wy) jeszcze odszkodowanie zabulą...
Nie spalicie mnie - tylko tyle Wam powiem!
W tym miejscu, na koniec pasowałoby pewnie mądrze zakończyć wpis jakąś taką mądrą paralelą do Świąt. Mam tylko tą: życzę Wam, aby te Święta były dla Was takim duchowym pożarem, wyrywającym z marazmu i rutyny, zachęcającym do refleksji; najlepiej nieustannej...
Spokojnych Świąt!
sobota, 7 marca 2015
Kamila jestem
Ostatnio pisałem, że będę shogunem, ale plany się zmieniły. Znowu przez polityków...
Na chwilę obecną dość dużo wskazuje na to (nie jest to jeszcze pewne), iż Narodowy Fundusz Zdrowia będzie refundował... zmianę płci - w przeciwieństwie do wielu drogich leków, operacji itd. Jeśli faktycznie tak będzie, wszyscy będziemy mogli na tym skorzystać! Wykażę to na swoim przykładzie.
Choruję na rdzeniowy zanik mięśni. Lekarstwa na to nie ma, a jeśli coś wymyślą na zahamowanie postępu choroby, może się okazać, iż będzie to sprawa droga i nie refundowana. Co zrobię w tej sytuacji? Ano zmienię płeć! Co mi to da? Statystycznie rzecz biorąc, kobiety żyją dłużej od mężczyzn, a zatem jeśli zmienię płeć, choroba teoretycznie powinna postępować wolniej. No i to wszystko za darmo! Z resztą, ja mam już zadatki na panienkę: długie włosy, smukła sylwetka, nie za duże mięśnie... Z resztą zmiany są czasem potrzebne, żeby nie popaść w dogmatyzm.
Ale to tylko mój przykład. Każdy z osobna może jednak, znaleźć inną, ważną przyczynę, by zmienić płeć; każdy musi się zorientować, która będzie dla niego korzystniejsza. Albo na przykład, jeżeli ktoś z Was zachoruje na przypadłość typową dla mężczyzn, czy - analogicznie - dla kobiet, a kolejka do specjalisty będzie długa - to warto przekalkulować, czy nie prościej i szybciej będzie zmienić płeć na, jak to nazywają fachowcy, "docelową". A kiedy problem zniknie - to kto wie? Może sfinansują i powrót do starej płci? Wszak zawsze może się okazać, że to jednak nie jest to i już wcześniej było nawet lepiej, niż jest teraz. Takich ludzi także nie można przecież dyskryminować! Należy im finansować zmiany płci aż do skutku!
Proponuję Wam jednak już dziś zacząć się przyzwyczajać do myśli, że nie jesteście tak naprawdę tym, kim jesteście (bo wiecie, będą nas badać, czy ta operacja jest niezbędna). Musimy być sprytniejsi od systemu, bo albo go wykiwamy, albo on wykiwa nas. Zamiast z władzą koty drzeć - prościej będzie zmienić płeć!
A z okazji jutrzejszego Dnia Kobiet życzę wszystkim paniom cierpliwości i spełnienia marzeń! Podkreślam: wszystkim, tj. byłym, obecnym i przyszłym!
Na chwilę obecną dość dużo wskazuje na to (nie jest to jeszcze pewne), iż Narodowy Fundusz Zdrowia będzie refundował... zmianę płci - w przeciwieństwie do wielu drogich leków, operacji itd. Jeśli faktycznie tak będzie, wszyscy będziemy mogli na tym skorzystać! Wykażę to na swoim przykładzie.
Choruję na rdzeniowy zanik mięśni. Lekarstwa na to nie ma, a jeśli coś wymyślą na zahamowanie postępu choroby, może się okazać, iż będzie to sprawa droga i nie refundowana. Co zrobię w tej sytuacji? Ano zmienię płeć! Co mi to da? Statystycznie rzecz biorąc, kobiety żyją dłużej od mężczyzn, a zatem jeśli zmienię płeć, choroba teoretycznie powinna postępować wolniej. No i to wszystko za darmo! Z resztą, ja mam już zadatki na panienkę: długie włosy, smukła sylwetka, nie za duże mięśnie... Z resztą zmiany są czasem potrzebne, żeby nie popaść w dogmatyzm.
Ale to tylko mój przykład. Każdy z osobna może jednak, znaleźć inną, ważną przyczynę, by zmienić płeć; każdy musi się zorientować, która będzie dla niego korzystniejsza. Albo na przykład, jeżeli ktoś z Was zachoruje na przypadłość typową dla mężczyzn, czy - analogicznie - dla kobiet, a kolejka do specjalisty będzie długa - to warto przekalkulować, czy nie prościej i szybciej będzie zmienić płeć na, jak to nazywają fachowcy, "docelową". A kiedy problem zniknie - to kto wie? Może sfinansują i powrót do starej płci? Wszak zawsze może się okazać, że to jednak nie jest to i już wcześniej było nawet lepiej, niż jest teraz. Takich ludzi także nie można przecież dyskryminować! Należy im finansować zmiany płci aż do skutku!
Proponuję Wam jednak już dziś zacząć się przyzwyczajać do myśli, że nie jesteście tak naprawdę tym, kim jesteście (bo wiecie, będą nas badać, czy ta operacja jest niezbędna). Musimy być sprytniejsi od systemu, bo albo go wykiwamy, albo on wykiwa nas. Zamiast z władzą koty drzeć - prościej będzie zmienić płeć!
A z okazji jutrzejszego Dnia Kobiet życzę wszystkim paniom cierpliwości i spełnienia marzeń! Podkreślam: wszystkim, tj. byłym, obecnym i przyszłym!
poniedziałek, 2 marca 2015
Będę shogunem
Miałem dłuższy rozbrat z blogiem i pewnie nadal bym nie pisał, ale Komorowski mnie sprowokował. Nie chcę tu się rozpisywać politycznie, ale prosiłbym, aby przy wyborach zachować elementarną odpowiedzialność (skoro mamy ten wspaniały ustrój), bo prezydent to nie sołtys. To przestaje być śmieszne, ale... może mu Youtube płaci za odsłony?
Prędzej ja byłbym lepszym prezydentem. Już nawet nie wspomnę o tej karygodnej "wpadce" nt. Żołnierzy Wyklętych (każdy jest omylny, ale niektórzy w pewnych chwilach nie mają wręcz prawa do błędu); przynajmniej na pewno nie wjechałbym na tą mównicę, bo tu pojawia się odwieczny problem - na mównicę nie było podjazdu!
Niemniej, mam dla Was porażającą wiadomość; Uniwersytet Papieski chce zrobić ze mnie ludzi (na przekór wszystkim niedowiarkom!) i niewykluczone, że w tym semestrze będę musiał uczęszczać na WF! Na razie teoretyczny. I to nie jest żart. Jeśli zatem dobrze pójdzie, to wkrótce być może zostanę np. żołnierzem, a potem - kto wie? Może jakimś dowódcą? Wiecie - jaki prezydent, taki shogun!
Prędzej ja byłbym lepszym prezydentem. Już nawet nie wspomnę o tej karygodnej "wpadce" nt. Żołnierzy Wyklętych (każdy jest omylny, ale niektórzy w pewnych chwilach nie mają wręcz prawa do błędu); przynajmniej na pewno nie wjechałbym na tą mównicę, bo tu pojawia się odwieczny problem - na mównicę nie było podjazdu!
Niemniej, mam dla Was porażającą wiadomość; Uniwersytet Papieski chce zrobić ze mnie ludzi (na przekór wszystkim niedowiarkom!) i niewykluczone, że w tym semestrze będę musiał uczęszczać na WF! Na razie teoretyczny. I to nie jest żart. Jeśli zatem dobrze pójdzie, to wkrótce być może zostanę np. żołnierzem, a potem - kto wie? Może jakimś dowódcą? Wiecie - jaki prezydent, taki shogun!
Subskrybuj:
Posty (Atom)





