Tak mi jakoś przykro, że oni mogą - a ja nie... Korzystają z tego prawa - a ja nie mogę. Oni mają szansę - a ja nie...
Dlatego postanowiłem, że w razie, gdybym kiedyś kandydował na prezydenta, posła lub jakieś inne ciekawe stanowisko, to kampanię muszę rozpocząć już teraz.
Nie będę obijał w bawełnę - jak mnie wybierzecie, to takie reformy przeprowadzę, że głowa mała.
Pamiętajcie - partia nr 1, lista nr 1, Superman nr 1!
niedziela, 18 września 2011
środa, 14 września 2011
Boję się!
Ktoś mi ostatnio uświadomił, że teraz, jako dorosły, ponoszę większą odpowiedzialność za słowa. W związku z tym, boję się pisać cokolwiek, a więc dzisiejszy wpis będzie bardzo krótki...
czwartek, 8 września 2011
Zabiłem muchę
Ostatnio, byłem na weselu. Super było. Naprawdę. Impreza, że klękajcie narody - jak to mówią. Cały czas coś się działo i w ogóle. Nom... Stasiu Wyspiański to najlepszy DJ w mieście. A gdzie tam, w całym kraju! I to darmowy, ani grosza nie bierze! Niestety, mam złą wiadomość dla osób, które chciałyby go zamówić. Gadałem z nim i powiedział, że ma już zajęte terminy na wieki wieków...
Goście na weselu też byli świetni. Mówię Wam, takie luzaki... Poprzychodzili z kosami, jeden przyszedł w zbroi, a jeszcze jeden to nawet na takim siwym koniu przyjechał... Fajnie było.
A tak poza weselem, to wpadłem na pewien pomysł. Dla Was przykry. Otóż, ostatnio, gdy słuchałem piosenki "Teksański" zespołu Hey, uderzyły mnie słowa:
Gdyby chociaż mucha zjawiła się
Mogłabym ją zabić a później to opisać
Niestety, muchy nie było. Postanowiłem więc wyręczyć panią Kasię i osobiście opisać taką dantejską scenę. Może Hey kiedyś to zaśpiewa?
Latała mucha,
Więc ją sprzątnąłem.
Oddała ducha,
Jest już popiołem.
Taki to miałem odruch złowrogi,
Że biednej musze przeciąłem nogi.
Taki to jestem podły morderca,
Że nawet mucha nerw mi wywierca.
Już nie przeleci, już nie zabrzęczy.
Nie będzie mnie już bytem swym męczyć.
Już mi nie zrobi kupy na spodnie,
Odtąd już będę wyglądał godnie.
Nie będzie żółtej plamy na bluzie.
Mucha nie wejdzie mi już na buzię.
Nie będzie smyrać mnie już po ręce
I nie obudzi nad ranem więcej.
Nie wpadnie też już w pająka siatkę,
Z ust mu wyjąłem z muchy sałatkę.
Nie będzie sobie łap już pocierać.
Muszę ją jeszcze tylko pozbierać.
Niech na to patrzą inne owady
I niech nie myślą, że nie dam rady
Unieszkodliwić jednym odruchem.
Co do owadów, to jestem zuchem...
I jak myślicie - zaśpiewa to Hey? A może jakieś zakłady?
Goście na weselu też byli świetni. Mówię Wam, takie luzaki... Poprzychodzili z kosami, jeden przyszedł w zbroi, a jeszcze jeden to nawet na takim siwym koniu przyjechał... Fajnie było.
A tak poza weselem, to wpadłem na pewien pomysł. Dla Was przykry. Otóż, ostatnio, gdy słuchałem piosenki "Teksański" zespołu Hey, uderzyły mnie słowa:
Gdyby chociaż mucha zjawiła się
Mogłabym ją zabić a później to opisać
Niestety, muchy nie było. Postanowiłem więc wyręczyć panią Kasię i osobiście opisać taką dantejską scenę. Może Hey kiedyś to zaśpiewa?
Latała mucha,
Więc ją sprzątnąłem.
Oddała ducha,
Jest już popiołem.
Taki to miałem odruch złowrogi,
Że biednej musze przeciąłem nogi.
Taki to jestem podły morderca,
Że nawet mucha nerw mi wywierca.
Już nie przeleci, już nie zabrzęczy.
Nie będzie mnie już bytem swym męczyć.
Już mi nie zrobi kupy na spodnie,
Odtąd już będę wyglądał godnie.
Nie będzie żółtej plamy na bluzie.
Mucha nie wejdzie mi już na buzię.
Nie będzie smyrać mnie już po ręce
I nie obudzi nad ranem więcej.
Nie wpadnie też już w pająka siatkę,
Z ust mu wyjąłem z muchy sałatkę.
Nie będzie sobie łap już pocierać.
Muszę ją jeszcze tylko pozbierać.
Niech na to patrzą inne owady
I niech nie myślą, że nie dam rady
Unieszkodliwić jednym odruchem.
Co do owadów, to jestem zuchem...
I jak myślicie - zaśpiewa to Hey? A może jakieś zakłady?
poniedziałek, 5 września 2011
Czarny sen
Miałem pewien sen. Proroczy. Widziałem pewną osobę. Kobietę. Blondynkę. Krótkie włosy. I coś jej się stało. Jakiś wypadek, czy coś. W każdym razie - już po niej. Na jej miejscu, w ogóle nie ruszałbym się z fotela, choć to w ogóle nic nie pomoże. Fatum to fatum. Reżyserskie zwłaszcza, bo to Hanka Mostowiak była...
Abstrahując od tematu, byłem ostatnio w galerii. Głównie popatrzeć, bo jak sama nazwa wskazuje, galeria jest od oglądania; ale, żeby nie było - kupiłem parę rzeczy. Zeszyty, trochę prasy i Colę na ciężkie czasy. Dużo było butów... W jednym sklepie buty, w drugim buty, w trzecim buty... Tak, jakby ludzie nic nie mieli do roboty, tylko chodzić. Tam - i nazot. W kółko, aż zedrą sobie podszewki i kupią nowe. Buty...
A ja to umiem nawet grać w piłkę bez buuutóóów! Cha! Cha! Cha! Konkretnie, to na "budzie" stoję. Dziś też stałem. Przyjechali goście z dziesięcioletnim synkiem. Miałem go zabawić, więc zaproponowałem mu grę w piłkę - bo ileż można z trzecioklasistą rozmawiać o życiu? Chyba deczko się zdziwił - bo takiego piłkarza to raczej jeszcze nie widział - ale z entuzjazmem przyjął propozycję.
Później cieszył się jeszcze bardziej, bo nawbijał mi masę goli. Ale podczas gry, nastąpił jeden groźny moment. Mianowicie, kolega zapytał mnie, czy wolę Real czy Barcę. A że te kluby "nie przepadają za sobą", to serce mi zaczęło walić jak nie wiem. Myślę sobie: "trafię źle - będzie oklep". Powiedziałem i... nic mi nie zrobił, mimo tego, że był za Realem!
To był chyba najbardziej pokojowy mecz tych drużyn, jaki w życiu widziałem. Okazało się, że sportowe antagonizmy antagonizmami, ale brak mordobicia też jest atrakcyjny...
Abstrahując od tematu, byłem ostatnio w galerii. Głównie popatrzeć, bo jak sama nazwa wskazuje, galeria jest od oglądania; ale, żeby nie było - kupiłem parę rzeczy. Zeszyty, trochę prasy i Colę na ciężkie czasy. Dużo było butów... W jednym sklepie buty, w drugim buty, w trzecim buty... Tak, jakby ludzie nic nie mieli do roboty, tylko chodzić. Tam - i nazot. W kółko, aż zedrą sobie podszewki i kupią nowe. Buty...
A ja to umiem nawet grać w piłkę bez buuutóóów! Cha! Cha! Cha! Konkretnie, to na "budzie" stoję. Dziś też stałem. Przyjechali goście z dziesięcioletnim synkiem. Miałem go zabawić, więc zaproponowałem mu grę w piłkę - bo ileż można z trzecioklasistą rozmawiać o życiu? Chyba deczko się zdziwił - bo takiego piłkarza to raczej jeszcze nie widział - ale z entuzjazmem przyjął propozycję.
Później cieszył się jeszcze bardziej, bo nawbijał mi masę goli. Ale podczas gry, nastąpił jeden groźny moment. Mianowicie, kolega zapytał mnie, czy wolę Real czy Barcę. A że te kluby "nie przepadają za sobą", to serce mi zaczęło walić jak nie wiem. Myślę sobie: "trafię źle - będzie oklep". Powiedziałem i... nic mi nie zrobił, mimo tego, że był za Realem!
To był chyba najbardziej pokojowy mecz tych drużyn, jaki w życiu widziałem. Okazało się, że sportowe antagonizmy antagonizmami, ale brak mordobicia też jest atrakcyjny...
piątek, 2 września 2011
Ostatni taki pierwszy
Wczoraj, jak to ktoś spostrzegawczo ujął, odbyła się uroczysta inauguracja "przepisywania Googli i Wikipedii do zeszytów szkolnych".
I tak sobie uświadomiłem, że to jest mój ostatni rok przepisywania, że ja już po czerwcu przepisywał nie będę (przynajmniej, na pewno nie do szkolnych).
W tym roku szkolnym, będę miał tylko przedmioty maturalne, z wyjątkiem niemieckiego który muszę mieć mimo tego, że nie będę go zdawał. A więc, z większości "dyscyplin", edukację już zakończyłem. Można podsumować..
Mówi się, że człowiek mądrzeje z wiekiem, niestety - zwykle z wiekiem od trumny. Mówi się też, że człowiek uczy się całe życie, a umiera głupi. Na swoim przykładzie pozostaje mi tylko potwierdzić te słowa...
Tak sobie pomyślałem, że gdybym się bardziej przyłożył do biologii, gdy jeszcze ją miałem, mógłbym kiedyś wymyślić pomysłowy lek na jakąś pomysłową chorobę. Oczywiście, nigdy niczego takiego bym nie zrobił, ale pożałować można, prawda? Zwłaszcza już po wszystkim.
Żałuję też mojego niezaangażowania w stosunku do fizyki. Mógłbym wymyślić takie mechaniczne nogi dla "wheelchair mafii" do grania w piłkę... Albo, takie specjalne narty, też dla "wózkersów", bo w zimie to na dobrą sprawę nie ma co robić. No ileż można siedzieć na komputerze (to znaczy na wózku, ale przed komputerem) albo patrzeć jak pięknie i równomiernie rośnie warstwa śniegu przed oknem? No, żeby jeszcze ktoś w poślizg wpadał efektownie co jakiś czas... Ale przed domem droga raczej prosta i musiałby ktoś tego bardzo chcieć, a dzisiaj to ci ludzie tacy niechętni do tego...
Gdybym się bardziej przykładał do geografii, to mógłbym na przykład... to mógłbym na przykład... to mógłbym na przykład... no nie ważne. Coś bym mógł, a nie mogę - i jest bardzo bolesne...
Za to, gdybym się do polskiego bardziej przyłożył, to mógłbym na przykład nie pisać bloga! Paradoks? Nie. Po prostu, z tego co widzę, wybitni poloniści czy w ogóle - poloniści, blogów raczej nie piszą. Piszą książki, wiersze, różne inne mądre zbitki słów, ale blogi - chyba rzadko. Od tego są politycy, podróżnicy, dziennikarze... Ale zaraz... Dziennikarze to to nie są jakoś tak poloniści?
O, mam! Gdybym się bardziej przyłożył, to mógłbym na przykład pisać bloga, jako podróżnik. Ja to bym pewnie zwiedzał głównie Wikipedię i później pisał, że dzisiaj odkryłem ciekawą stronę świata, pt. www...
Podsumowując, przykładajcie się do na nauki, żebyście potem nie żałowali. Co prawda, później możecie żałować, że się za bardzo przykładaliście, a na nic Wam to się nie przydaje - ale tak to już jest. Człowiek lubi sobie czasem pożałować, a że jest to przyjemność chyba zupełnie nieszkodliwa - to nie żałujmy sobie żałować.
I tak sobie uświadomiłem, że to jest mój ostatni rok przepisywania, że ja już po czerwcu przepisywał nie będę (przynajmniej, na pewno nie do szkolnych).
W tym roku szkolnym, będę miał tylko przedmioty maturalne, z wyjątkiem niemieckiego który muszę mieć mimo tego, że nie będę go zdawał. A więc, z większości "dyscyplin", edukację już zakończyłem. Można podsumować..
Mówi się, że człowiek mądrzeje z wiekiem, niestety - zwykle z wiekiem od trumny. Mówi się też, że człowiek uczy się całe życie, a umiera głupi. Na swoim przykładzie pozostaje mi tylko potwierdzić te słowa...
Tak sobie pomyślałem, że gdybym się bardziej przyłożył do biologii, gdy jeszcze ją miałem, mógłbym kiedyś wymyślić pomysłowy lek na jakąś pomysłową chorobę. Oczywiście, nigdy niczego takiego bym nie zrobił, ale pożałować można, prawda? Zwłaszcza już po wszystkim.
Żałuję też mojego niezaangażowania w stosunku do fizyki. Mógłbym wymyślić takie mechaniczne nogi dla "wheelchair mafii" do grania w piłkę... Albo, takie specjalne narty, też dla "wózkersów", bo w zimie to na dobrą sprawę nie ma co robić. No ileż można siedzieć na komputerze (to znaczy na wózku, ale przed komputerem) albo patrzeć jak pięknie i równomiernie rośnie warstwa śniegu przed oknem? No, żeby jeszcze ktoś w poślizg wpadał efektownie co jakiś czas... Ale przed domem droga raczej prosta i musiałby ktoś tego bardzo chcieć, a dzisiaj to ci ludzie tacy niechętni do tego...
Gdybym się bardziej przykładał do geografii, to mógłbym na przykład... to mógłbym na przykład... to mógłbym na przykład... no nie ważne. Coś bym mógł, a nie mogę - i jest bardzo bolesne...
Za to, gdybym się do polskiego bardziej przyłożył, to mógłbym na przykład nie pisać bloga! Paradoks? Nie. Po prostu, z tego co widzę, wybitni poloniści czy w ogóle - poloniści, blogów raczej nie piszą. Piszą książki, wiersze, różne inne mądre zbitki słów, ale blogi - chyba rzadko. Od tego są politycy, podróżnicy, dziennikarze... Ale zaraz... Dziennikarze to to nie są jakoś tak poloniści?
O, mam! Gdybym się bardziej przyłożył, to mógłbym na przykład pisać bloga, jako podróżnik. Ja to bym pewnie zwiedzał głównie Wikipedię i później pisał, że dzisiaj odkryłem ciekawą stronę świata, pt. www...
Podsumowując, przykładajcie się do na nauki, żebyście potem nie żałowali. Co prawda, później możecie żałować, że się za bardzo przykładaliście, a na nic Wam to się nie przydaje - ale tak to już jest. Człowiek lubi sobie czasem pożałować, a że jest to przyjemność chyba zupełnie nieszkodliwa - to nie żałujmy sobie żałować.
wtorek, 30 sierpnia 2011
"Osiemnaste dorosłe życie"
Kilka dni temu, dostałem od przyjaciół dużą kartkę z napisem "DZISIAJ ZACZYNA SIĘ TWOJE DOROSŁE ŻYCIE". W rogu tej kartki, tak w połowie napisu, widnieje duża liczba "18". Moja mała sąsiadka, przeczytała więc ten napis tak jak wygląda, czyli "DZISIAJ ZACZYNA SIĘ TWOJE OSIEMNASTE DOROSŁE ŻYCIE". Cha! Mistrz jestem! Osiemnastu żyć to nawet Chuck Norris nie ma, a ja mam...
Ale, powiem szczerze (choć pewnie większość z Was już na to wpadła), że nie ma jakichś efektownych zmian między 17. a 18. rokiem życia. Przynajmniej, od tej strony zmysłowej. Wszystko pachnie tak samo, wygląda tak samo, brzmi tak samo... Właściwie, to... SPODZIEWAŁEM SIĘ TEGO! Ale, mimo to, gdy usłyszałem w radiu dźwięk oznajmiający północ, to czekałem na jakieś fajerwerki. Odczekałem chwilę, po czym doszedłem do wniosku, że skoro nic się nie dzieje - to śpię. Ćma tylko spadła z sufitu mi na szyję, chcąc tym sposobem złożyć pewnie życzenia, ale to było przed północą, więc została zdyskwalifikowana za falstart...
Życzenia składali mi też ludzie. Śpiewali "Sto lat", po czym oczekiwali ode mnie orędzia, bo się ustawiłem jakbym chciał przemówić do tłumu. Zawstydziłem się i zamilkłem.
Dostałem też parę prezentów. Między innymi "Biblię Dziennikarstwa". Jak już ją przeczytam, to mój blog zmieni się nie do poznania. Będzie świecił własnymi sentencjami, złotymi myślami... Wzrośnie czytelność... Wprowadzę opłaty za jego czytanie, albo obkleję go reklamami od góry do dołu. Będę bogaty, popadnę w nałóg i skończę "like a rolling stone"... Nie, przepraszam - wyobraźnia. Ale "Biblię" naprawdę mam zamiar przeczytać...
Dostałem też jedną czy dwie, książki o świętości. Będę więc świętym dziennikarzem. Zostanę nawet nowym patronem dziennikarzy. Nowym, bo "pismaki" mają już swojego opiekuna, ale patron nie szafa - przesunie się, jak to mówią.
Ale jeden z prezentów zaniepokoił mnie. Mianowicie film "Sala samobójców". Widocznie, komuś podpadłem i ten ktoś dał mi film, abym pod jego wpływem, poczynił pewien drastyczny krok... Sprytne... Dobrze, że się zorientowałem. Nawet go nie obejrzę!
Tak, jestem dorosły. Teraz mogę więcej. Tylko, że doszedłem do wniosku, że gdybym chciał korzystać ze wszystkich tych przywilejów, to nie miałbym czasu się nawet porządnie wyspać. A że pospać lubię - to nie będę...
Chciałem tego mojego pierwszego dorosłego posta zakończyć jakimś efektownym telemarkiem, ale nie umiem. Poratuję się więc skromnym, ale szczerym:
Pozdrawiam
Ale, powiem szczerze (choć pewnie większość z Was już na to wpadła), że nie ma jakichś efektownych zmian między 17. a 18. rokiem życia. Przynajmniej, od tej strony zmysłowej. Wszystko pachnie tak samo, wygląda tak samo, brzmi tak samo... Właściwie, to... SPODZIEWAŁEM SIĘ TEGO! Ale, mimo to, gdy usłyszałem w radiu dźwięk oznajmiający północ, to czekałem na jakieś fajerwerki. Odczekałem chwilę, po czym doszedłem do wniosku, że skoro nic się nie dzieje - to śpię. Ćma tylko spadła z sufitu mi na szyję, chcąc tym sposobem złożyć pewnie życzenia, ale to było przed północą, więc została zdyskwalifikowana za falstart...
Życzenia składali mi też ludzie. Śpiewali "Sto lat", po czym oczekiwali ode mnie orędzia, bo się ustawiłem jakbym chciał przemówić do tłumu. Zawstydziłem się i zamilkłem.
Dostałem też parę prezentów. Między innymi "Biblię Dziennikarstwa". Jak już ją przeczytam, to mój blog zmieni się nie do poznania. Będzie świecił własnymi sentencjami, złotymi myślami... Wzrośnie czytelność... Wprowadzę opłaty za jego czytanie, albo obkleję go reklamami od góry do dołu. Będę bogaty, popadnę w nałóg i skończę "like a rolling stone"... Nie, przepraszam - wyobraźnia. Ale "Biblię" naprawdę mam zamiar przeczytać...
Dostałem też jedną czy dwie, książki o świętości. Będę więc świętym dziennikarzem. Zostanę nawet nowym patronem dziennikarzy. Nowym, bo "pismaki" mają już swojego opiekuna, ale patron nie szafa - przesunie się, jak to mówią.
Ale jeden z prezentów zaniepokoił mnie. Mianowicie film "Sala samobójców". Widocznie, komuś podpadłem i ten ktoś dał mi film, abym pod jego wpływem, poczynił pewien drastyczny krok... Sprytne... Dobrze, że się zorientowałem. Nawet go nie obejrzę!
Tak, jestem dorosły. Teraz mogę więcej. Tylko, że doszedłem do wniosku, że gdybym chciał korzystać ze wszystkich tych przywilejów, to nie miałbym czasu się nawet porządnie wyspać. A że pospać lubię - to nie będę...
Chciałem tego mojego pierwszego dorosłego posta zakończyć jakimś efektownym telemarkiem, ale nie umiem. Poratuję się więc skromnym, ale szczerym:
Pozdrawiam
czwartek, 25 sierpnia 2011
... a wyszło jak zwykle
Chciałbym się dzisiaj podzielić z Wami doświadczeniem, na temat jak sobie (nie) poradziłem z porażką Wisły. Osoby nie zainteresowane sportem mogą tego nie zrozumieć, natomiast gdyby ten wpis czytał jakiś psychiatra, to prosiłbym o zdiagnozowanie mojej choroby i przepisanie jakiegoś leku - najlepiej cykuty...
Trzy lata zakichanego czekania. IV runda eliminacji. 87. minuta - i "po ptokach"...
Ja sobie tak kategoryzuję problemy (pomijając te najcięższe), że niektóre są do przeżycia, inne do przespania, a jeszcze inne do prze... czyszczenia (choć tu powinno paść słowo do rymu). Nie wiem do jakiej kategorii zaliczyć taką porażkę...
Następnego dnia po meczu, postanowiłem w ogóle nie wstawać z wyra. Mój plan był krótki: "Nie wstanę! Tak będę leżał!", jakby to powiedział klasyk. Ostatecznie jednak wstałem (i dobrze, bo gość przyszedł)... Poczułem też odrazę do mediów, telewizji zwłaszcza. To prawda, telewizja kłamie...
Jak każdy człowiek, na co dzień mam do czynienia z problemami różnego kalibru; krótko i długoterminowymi. Wydawałoby się, że porażka ulubionego klubu w cholernie ważnym meczu, to mimo wszystko najmniejszy z nich. Ale ciągle mam przed oczami tą 87. minutę, straconą szansę i co najmniej roczną perspektywę czekania na kolejny taki mecz...
Oczywiście, można mówić, że Wisła była po prostu słabsza itd. Ale szczerze mówiąc, w takim momencie średnio mnie to pociesza...
I tak się zastanawiam, ile jeszcze razy tak będzie... We wtorek - 87. minuta; 2008r. Austria - Polska, doliczony czas - bramka na 1:1; 2006r. Niemcy - Polska, doliczony czas - bramka na 1:0; 2005r. Panathinaikos - Wisła, 87. minuta - gol odbierający awans do LM.
Denerwują mnie ludzie, kreślący na każdym kroku teorie spiskowe, ale ileż razy można w końcówce tracić takie ważne gole? Już w starożytności przewidzieli te przypadki i dlatego wymyślili fatum...
No, skończyłem. Dostanę tą cykutę?
Trzy lata zakichanego czekania. IV runda eliminacji. 87. minuta - i "po ptokach"...
Ja sobie tak kategoryzuję problemy (pomijając te najcięższe), że niektóre są do przeżycia, inne do przespania, a jeszcze inne do prze... czyszczenia (choć tu powinno paść słowo do rymu). Nie wiem do jakiej kategorii zaliczyć taką porażkę...
Następnego dnia po meczu, postanowiłem w ogóle nie wstawać z wyra. Mój plan był krótki: "Nie wstanę! Tak będę leżał!", jakby to powiedział klasyk. Ostatecznie jednak wstałem (i dobrze, bo gość przyszedł)... Poczułem też odrazę do mediów, telewizji zwłaszcza. To prawda, telewizja kłamie...
Jak każdy człowiek, na co dzień mam do czynienia z problemami różnego kalibru; krótko i długoterminowymi. Wydawałoby się, że porażka ulubionego klubu w cholernie ważnym meczu, to mimo wszystko najmniejszy z nich. Ale ciągle mam przed oczami tą 87. minutę, straconą szansę i co najmniej roczną perspektywę czekania na kolejny taki mecz...
Oczywiście, można mówić, że Wisła była po prostu słabsza itd. Ale szczerze mówiąc, w takim momencie średnio mnie to pociesza...
I tak się zastanawiam, ile jeszcze razy tak będzie... We wtorek - 87. minuta; 2008r. Austria - Polska, doliczony czas - bramka na 1:1; 2006r. Niemcy - Polska, doliczony czas - bramka na 1:0; 2005r. Panathinaikos - Wisła, 87. minuta - gol odbierający awans do LM.
Denerwują mnie ludzie, kreślący na każdym kroku teorie spiskowe, ale ileż razy można w końcówce tracić takie ważne gole? Już w starożytności przewidzieli te przypadki i dlatego wymyślili fatum...
No, skończyłem. Dostanę tą cykutę?
Subskrybuj:
Posty (Atom)
