Często rozmawiając z kimś zdarza nam się zażartować tak jakoś nietypowo lub niefortunnie, że żeby opanować sytuację, trzeba dodać: "To był żart"...
Gdy nadchodzi śmierć, również zdaje się mówić w odnośni do naszego kończącego się życia: "To był żarcik". Wiele uwagi, czasu i energii poświęcamy przecież sprawom, rzeczom tak małym w ostatecznym rozrachunku, że aż obciach.Tacy jesteśmy jajcarze. A wiem, co piszę, bo parę razy otarłem się o śmierć.
Z okazji Świąt Zmartwychwstania Pańskiego życzę Wam, by ten czas był pomocny i owocny w refleksji dotyczącej odróżniania rzeczy ważnych od ważniejszych w naszym życiu.
Dobrych Świąt!
czwartek, 24 marca 2016
sobota, 19 marca 2016
Przetarg na żonę
Dziś nawiążę jeszcze do pośrednio do poprzedniego wpisu.
Renta socjalna, na chwilę obecną, nie podlega dziedziczeniu przez małżonka jak choćby renta rodzinna. Tym niemniej, wychodząc myślami w przód gdyby to się miało zmienić, już dzisiaj ogłaszam przetarg na żonę!
Tak, przetarg. Nie konkurs i nie casting. Przetarg. Chodzi o to, żeby po mojej śmierci renta nie zostawała w budżecie lub ZUS-ie. Nie mogę pozwolić, żeby za moje ciężko wychorowane #piniondze pozwalali sobie na to czy tamto.
W ramach przetargu musi zostać wyłoniona osoba (najlepiej kobieta) gospodarna (żeby nie wydawała na pierdoły; np. wdowa, bo doświadczona) i ogarnięta - żeby jej w ZUS-ie nie wykiwali. Pasuje, żeby ponadto była bezrobotna i bez prawa do zasiłku, bo wymagania mogą być wyśrubowane.
Związek małżeński zawrzemy bezpośrednio przed moją agonią, o ile oczywiście zdążę ją wyczuć (tą śmierć znaczy) . Owszem, można by wcześniej, ale taki głupi nie jestem. Wolę nie ryzykować. Poza tym - czyż ślub na łożu śmierci nie jest czymś pięknym, wspaniałym? Czyż to nie romantyczne i wzruszające, ukazujące w całości bytu potęgę miłości?
Podsumowując:
Przedmiot konkursu: ŻONA
Wymagania wstępne: gospodarna, ogarnięta, bezrobotna, bez prawa do zasiłku
Dodatkowe atuty: wdowa
Deadline: brak konkretnej daty. Gdy będę przeczuwał swój deadline.
INWESTYCJA NIE JEST DOFINANSOWANA ZE ŚRODKÓW UNIJNYCH!
CO ZUS ZŁĄCZYŁ - CZŁOWIEK NIECH NIE ROZDZIELA!
Renta socjalna, na chwilę obecną, nie podlega dziedziczeniu przez małżonka jak choćby renta rodzinna. Tym niemniej, wychodząc myślami w przód gdyby to się miało zmienić, już dzisiaj ogłaszam przetarg na żonę!
Tak, przetarg. Nie konkurs i nie casting. Przetarg. Chodzi o to, żeby po mojej śmierci renta nie zostawała w budżecie lub ZUS-ie. Nie mogę pozwolić, żeby za moje ciężko wychorowane #piniondze pozwalali sobie na to czy tamto.
W ramach przetargu musi zostać wyłoniona osoba (najlepiej kobieta) gospodarna (żeby nie wydawała na pierdoły; np. wdowa, bo doświadczona) i ogarnięta - żeby jej w ZUS-ie nie wykiwali. Pasuje, żeby ponadto była bezrobotna i bez prawa do zasiłku, bo wymagania mogą być wyśrubowane.
Związek małżeński zawrzemy bezpośrednio przed moją agonią, o ile oczywiście zdążę ją wyczuć (tą śmierć znaczy) . Owszem, można by wcześniej, ale taki głupi nie jestem. Wolę nie ryzykować. Poza tym - czyż ślub na łożu śmierci nie jest czymś pięknym, wspaniałym? Czyż to nie romantyczne i wzruszające, ukazujące w całości bytu potęgę miłości?
Podsumowując:
Przedmiot konkursu: ŻONA
Wymagania wstępne: gospodarna, ogarnięta, bezrobotna, bez prawa do zasiłku
Dodatkowe atuty: wdowa
Deadline: brak konkretnej daty. Gdy będę przeczuwał swój deadline.
INWESTYCJA NIE JEST DOFINANSOWANA ZE ŚRODKÓW UNIJNYCH!
CO ZUS ZŁĄCZYŁ - CZŁOWIEK NIECH NIE ROZDZIELA!
wtorek, 8 marca 2016
50 lasek Kamila - cz. III: Co ma pakiet do miłości.
Dzisiaj ostatnia część historyjek z dziewczynami. Na końcu wyjaśnię co ma do tego wszystkiego ZUS.
W maju 2008 r. poznałem Karolinę. Spotkaliśmy się w jednym ze szpitali rehabilitacyjnych. Ona, podobnie jak Kaśka (o której pisałem w poprzednim wpisie), miała tam ćwiczenia w związku z problemami z kręgosłupem. Niemal od razu polubiliśmy się, mimo, iż ona kibicowała Koronie, a ponadto czasem mi cisnęła po ambicji - mówiła np., iż jestem tak chudy, że mógłbym się schować za oszczepem... Co do jej wyglądu - jakieś 7/10. Nie no, żartuję, wszystkie kobiety są 10/10...
Spędziliśmy w tym szpitalu razem cztery tygodnie. Zżyliśmy się jakoś przez ten okres, ale nie na tyle, żebym spodziewał się jakiegoś rozpaczliwego pożegnania. Tymczasem w dniu, w którym miałem już odjeżdżać, odwiedziła mnie w pokoju. Akurat leżałem sobie na łóżku, odpoczywając przed podróżą. Usiadła obok, wzięła moją dłoń i zaczęła głaskać oraz... płakać. Tak po cichu.
Przez chwilę było to nawet miłe (ws. głaskanie), ale po dłuższej chwili zaczęła mi się strasznie ręka pocić i zrobił się z tego prawie hydromasaż. Romantyczny nastrój mi już nieco prysnął, a ona cały czas głaskała i płakała, z krótkimi przerwami na śmiech, po których płakała jeszcze bardziej i większy katar jej z nosa ciekł. Ta kiepska telenowela trwała ponad godzinę. Na szczęście transport już czekał, więc trzeba było się zbierać. Odprowadziła mnie jeszcze do samochodu, pocałowała, uściskała, ułzawiła i adiós!
A potem, po kilku latach, usunęła mnie ze znajomych na FB. No i za co, pytam? Kto by się wtedy tego spodziewał??
Innym razem, z inną koleżanką i w innym sanatorium miałem z kolei taką akcję:
Wracałem późnym wieczorem przez ciemny korytarz do pokoju, wraz z koleżanką, która swój pokój miała naprzeciw mojego (była to jedna z tych 90% o których pisałem ostatnio). Dziewczyna ciut młodsza, bardzo sympatyczna, acz dosyć... "roztrzepana". Raczej mnie lubiła; nieraz prawiła mi komplementy, z resztą, była mi wdzięczna, że jej pożyczam laptopa.
No i idziemy sobie tak tym korytarzem. Jesteśmy już blisko naszych pokoi i nagle... ona obraca się na pięcie o 90 stopni i całuje mnie w policzek...
Gdyby na tym się skończyło, to jeszcze nie byłoby w tym nic niezwykłego. Ale...
Bladego pojęcia nie miałem przecież, że ją tak nagle weźmi na amory! W związku z tym, kiedy obróciła się i stanęła w miejscu, by mnie pocałować, nie zdążyłem wyhamować. Przejechałem jej po stopach, a wózek ważył pewnie trzy razy więcej od tej drobnej dziewczynki.
Zszokowany tą całą sytuacją, trwającą może 0.5 sekundy, wykrztusiłem po chwili:
- Strasznie przepraszam...
Na co sąsiadka, głosem złamanym z bólu, jakby chciała jodłować:
- Nie... Nic się nie stało...
Był jednak jeden plus. W oczach stanęły jej "świeczki", dzięki czemu na korytarzu zrobiło się jaśniej i bez problemu trafiliśmy do pokoi...
A na koniec podam teraz ostatni przykład z autopsji. Dramatyczny i wręcz kulminacyjny, choć wydarzył się chyba na początku gimnazjum...
Pewnego dnia w zimowe ferie dostałem SMS-a od Doroty. Napisała, że ma 13 lat i jeżeli chcę z nią pogadać, mam odpisać.Zapytałem skąd ma mój nr, skąd mnie zna itd. Odpisała, że przypadkiem, że tak wyszło. Nie wchodziłem w szczegóły i do dziś tego nie wiem.Wymienialiśmy się SMS-ami chyba miesiąc. Wysłaliśmy sobie swoje zdjęcia, sporo o sobie wiedzieliśmy. Ona była ze Śląska. Raz już mieliśmy nawet zaaranżowane spotkanie, ale z mojej winy nie doszło do skutku.
SMS-owa znajomość kwitła, aż pewnego dnia Dorota napisała, że musi na jakiś czas przestać do mnie pisać, bo... skończył jej się pakiet!
Wtedy runął mi świat. Nie przez to, że przestała się kontaktować. Przez to, że zrozumiałem, iż pisała, bo miała tanio SMS-y...A ja, głupi, płaciłem po 18 gr - i wydałem na nie prawie całą kartę! Dałem się wyrolować jak papier toaletowy...
Wtedy zacząłem rozumieć, że miłość bywa jak pakiet; nie taka darmowa i nie taka wieczna. M.in. z tego powodu dziś preferuję dziewczyny z Uniwersytetu Trzeciego Wieku, bo ta miłość będzie scementowana jej emeryturą. ZUS to najlepsze biuro matrymonialne!
A z okazji Dnia Kobiet wszystkim zainteresowanym - z Uniwersytetów Trzeciego Wieku, Pierwszego Wieku i tym z wykształceniem niepełnym podstawowym życzę "pakietów" jednak nieograniczonych finansowo i czasowo oraz po prostu szczęścia!
W maju 2008 r. poznałem Karolinę. Spotkaliśmy się w jednym ze szpitali rehabilitacyjnych. Ona, podobnie jak Kaśka (o której pisałem w poprzednim wpisie), miała tam ćwiczenia w związku z problemami z kręgosłupem. Niemal od razu polubiliśmy się, mimo, iż ona kibicowała Koronie, a ponadto czasem mi cisnęła po ambicji - mówiła np., iż jestem tak chudy, że mógłbym się schować za oszczepem... Co do jej wyglądu - jakieś 7/10. Nie no, żartuję, wszystkie kobiety są 10/10...
Spędziliśmy w tym szpitalu razem cztery tygodnie. Zżyliśmy się jakoś przez ten okres, ale nie na tyle, żebym spodziewał się jakiegoś rozpaczliwego pożegnania. Tymczasem w dniu, w którym miałem już odjeżdżać, odwiedziła mnie w pokoju. Akurat leżałem sobie na łóżku, odpoczywając przed podróżą. Usiadła obok, wzięła moją dłoń i zaczęła głaskać oraz... płakać. Tak po cichu.
Przez chwilę było to nawet miłe (ws. głaskanie), ale po dłuższej chwili zaczęła mi się strasznie ręka pocić i zrobił się z tego prawie hydromasaż. Romantyczny nastrój mi już nieco prysnął, a ona cały czas głaskała i płakała, z krótkimi przerwami na śmiech, po których płakała jeszcze bardziej i większy katar jej z nosa ciekł. Ta kiepska telenowela trwała ponad godzinę. Na szczęście transport już czekał, więc trzeba było się zbierać. Odprowadziła mnie jeszcze do samochodu, pocałowała, uściskała, ułzawiła i adiós!
A potem, po kilku latach, usunęła mnie ze znajomych na FB. No i za co, pytam? Kto by się wtedy tego spodziewał??
Innym razem, z inną koleżanką i w innym sanatorium miałem z kolei taką akcję:
Wracałem późnym wieczorem przez ciemny korytarz do pokoju, wraz z koleżanką, która swój pokój miała naprzeciw mojego (była to jedna z tych 90% o których pisałem ostatnio). Dziewczyna ciut młodsza, bardzo sympatyczna, acz dosyć... "roztrzepana". Raczej mnie lubiła; nieraz prawiła mi komplementy, z resztą, była mi wdzięczna, że jej pożyczam laptopa.
No i idziemy sobie tak tym korytarzem. Jesteśmy już blisko naszych pokoi i nagle... ona obraca się na pięcie o 90 stopni i całuje mnie w policzek...
Gdyby na tym się skończyło, to jeszcze nie byłoby w tym nic niezwykłego. Ale...
Bladego pojęcia nie miałem przecież, że ją tak nagle weźmi na amory! W związku z tym, kiedy obróciła się i stanęła w miejscu, by mnie pocałować, nie zdążyłem wyhamować. Przejechałem jej po stopach, a wózek ważył pewnie trzy razy więcej od tej drobnej dziewczynki.
Zszokowany tą całą sytuacją, trwającą może 0.5 sekundy, wykrztusiłem po chwili:
- Strasznie przepraszam...
Na co sąsiadka, głosem złamanym z bólu, jakby chciała jodłować:
- Nie... Nic się nie stało...
Był jednak jeden plus. W oczach stanęły jej "świeczki", dzięki czemu na korytarzu zrobiło się jaśniej i bez problemu trafiliśmy do pokoi...
A na koniec podam teraz ostatni przykład z autopsji. Dramatyczny i wręcz kulminacyjny, choć wydarzył się chyba na początku gimnazjum...
Pewnego dnia w zimowe ferie dostałem SMS-a od Doroty. Napisała, że ma 13 lat i jeżeli chcę z nią pogadać, mam odpisać.Zapytałem skąd ma mój nr, skąd mnie zna itd. Odpisała, że przypadkiem, że tak wyszło. Nie wchodziłem w szczegóły i do dziś tego nie wiem.Wymienialiśmy się SMS-ami chyba miesiąc. Wysłaliśmy sobie swoje zdjęcia, sporo o sobie wiedzieliśmy. Ona była ze Śląska. Raz już mieliśmy nawet zaaranżowane spotkanie, ale z mojej winy nie doszło do skutku.
SMS-owa znajomość kwitła, aż pewnego dnia Dorota napisała, że musi na jakiś czas przestać do mnie pisać, bo... skończył jej się pakiet!
Wtedy runął mi świat. Nie przez to, że przestała się kontaktować. Przez to, że zrozumiałem, iż pisała, bo miała tanio SMS-y...A ja, głupi, płaciłem po 18 gr - i wydałem na nie prawie całą kartę! Dałem się wyrolować jak papier toaletowy...
Wtedy zacząłem rozumieć, że miłość bywa jak pakiet; nie taka darmowa i nie taka wieczna. M.in. z tego powodu dziś preferuję dziewczyny z Uniwersytetu Trzeciego Wieku, bo ta miłość będzie scementowana jej emeryturą. ZUS to najlepsze biuro matrymonialne!
A z okazji Dnia Kobiet wszystkim zainteresowanym - z Uniwersytetów Trzeciego Wieku, Pierwszego Wieku i tym z wykształceniem niepełnym podstawowym życzę "pakietów" jednak nieograniczonych finansowo i czasowo oraz po prostu szczęścia!
sobota, 20 lutego 2016
50 lasek Kamila - cz. II.
Kontynuując zaczętą ostatnio trylogię, napiszę dziś o kolejnych laskach ze swojej przeszłości. Imiona zmyślone, reszta nie.
Po Asi była taka... Kinga. Poznałem ją na turnusie rehabilitacyjnym w Jadownikach Mokrych. Była tam wraz ze swoją sąsiadką, której pomagała opiekować się dwójką niepełnosprawnych bliźniąt.
Wówczas, około dziesięć lat temu, była ode mnie starsza o jakieś osiem lat. Teraz też z resztą tyle wychodzi. Chyba mnie szczerze polubiła, choć bardziej tak, jako takiego młodszego brata. Pamiętam, że miała takie ładnie pachnące perfumy, tylko dosyć mocne - aż dawało po nozdrzach tylnych. Pachniały jakby "słonawo" - pierun wie, z czego były robione, ale mi się podobały. Podobnie z resztą jak sama Kinga, która była bardzo miła, dowcipna i dość ładna.
Niestety, po turnusie kontakt nasz - z małą przerwą - urwał się. Teraz Kinga, z tego co wiem, jest zastępcą kierownika w hipermarkecie. Na te czasy, kiedy być może ceny w sklepach pójdą w górę - dziewczyna jak znalazł (może ma tam jakieś zniżki), no ale teraz to ja już jej podrywał nie będę, bo by się jeszcze domyśliła o co chodzi. Choć mógłbym, bo wiem gdzie mieszka. Dała mi wtedy swój adres (wtedy ludzie wysyłali sobie jeszcze listy i kartki); jakaś wioska w opolskim. No, ale nie jadę tam. Po pierwsze - pewnie by wyczuła podstęp, po drugie - A4 jest płatna (i mają ją w dodatku remontować, więc będzie spowolniona), a po trzecie - i tak nie jem dużo. Mam w nosie ten biznes.
Następnie przyszła kolej na Kaśkę. Ją również poznałem w sanatorium, choć już innym (byłem w VI. klasie, ona w III. gimnazjum). Rehabilitowała się tam tylko na lekką skoliozę; ja na ręce, nogi, ogólnie wszystko, prócz skoliozy, bo na nią kompletnie nic nie pomagało. Także anatomia to nas akurat dzieliła...
Zaimponowało mi w niej to, że pierwsza do mnie zagadała (w sumie tylko to). Czytałem akurat na korytarzu 10. część "Pana Samochodzika". Może dlatego właśnie podeszła, widząc, że czytam typowo męską literaturę, a nie jakąś "Anię" skądś tam...
Po sanatorium mieliśmy jeszcze ze sobą kontakt. Głównie MMS-owy, bo wtedy miałem swój pierwszy telefon komórkowy i strasznie mnie to rajcowało. Po paru latach znalazłem ją na "Naszej Klasie". Jeśli przyjąć ten podział, co ostatnio - że są kobiety piękne i piękniejsze, to ona była w tych pierwszych. Zdecydowanie.
A co do telefonicznych relacji - jedna z nich zakończyła się dla mnie szokiem na całe życie. Ale o tym następnym razem...
Po Asi była taka... Kinga. Poznałem ją na turnusie rehabilitacyjnym w Jadownikach Mokrych. Była tam wraz ze swoją sąsiadką, której pomagała opiekować się dwójką niepełnosprawnych bliźniąt.
Wówczas, około dziesięć lat temu, była ode mnie starsza o jakieś osiem lat. Teraz też z resztą tyle wychodzi. Chyba mnie szczerze polubiła, choć bardziej tak, jako takiego młodszego brata. Pamiętam, że miała takie ładnie pachnące perfumy, tylko dosyć mocne - aż dawało po nozdrzach tylnych. Pachniały jakby "słonawo" - pierun wie, z czego były robione, ale mi się podobały. Podobnie z resztą jak sama Kinga, która była bardzo miła, dowcipna i dość ładna.
Niestety, po turnusie kontakt nasz - z małą przerwą - urwał się. Teraz Kinga, z tego co wiem, jest zastępcą kierownika w hipermarkecie. Na te czasy, kiedy być może ceny w sklepach pójdą w górę - dziewczyna jak znalazł (może ma tam jakieś zniżki), no ale teraz to ja już jej podrywał nie będę, bo by się jeszcze domyśliła o co chodzi. Choć mógłbym, bo wiem gdzie mieszka. Dała mi wtedy swój adres (wtedy ludzie wysyłali sobie jeszcze listy i kartki); jakaś wioska w opolskim. No, ale nie jadę tam. Po pierwsze - pewnie by wyczuła podstęp, po drugie - A4 jest płatna (i mają ją w dodatku remontować, więc będzie spowolniona), a po trzecie - i tak nie jem dużo. Mam w nosie ten biznes.
Następnie przyszła kolej na Kaśkę. Ją również poznałem w sanatorium, choć już innym (byłem w VI. klasie, ona w III. gimnazjum). Rehabilitowała się tam tylko na lekką skoliozę; ja na ręce, nogi, ogólnie wszystko, prócz skoliozy, bo na nią kompletnie nic nie pomagało. Także anatomia to nas akurat dzieliła...
Zaimponowało mi w niej to, że pierwsza do mnie zagadała (w sumie tylko to). Czytałem akurat na korytarzu 10. część "Pana Samochodzika". Może dlatego właśnie podeszła, widząc, że czytam typowo męską literaturę, a nie jakąś "Anię" skądś tam...
Po sanatorium mieliśmy jeszcze ze sobą kontakt. Głównie MMS-owy, bo wtedy miałem swój pierwszy telefon komórkowy i strasznie mnie to rajcowało. Po paru latach znalazłem ją na "Naszej Klasie". Jeśli przyjąć ten podział, co ostatnio - że są kobiety piękne i piękniejsze, to ona była w tych pierwszych. Zdecydowanie.
A co do telefonicznych relacji - jedna z nich zakończyła się dla mnie szokiem na całe życie. Ale o tym następnym razem...
poniedziałek, 15 lutego 2016
50 lasek Kamila - cz. I
Utrzymując jeszcze klimat wczorajszego "święta", zwierzę Wam się ze swoich miłości życiowych... Generalnie taki wylewny nie jestem, ale niech stracę... Wszystkie poniższe imiona są fikcyjne, żeby nie było.
Pierwsza miłość moja to dziewczyna z przedszkola. Julia, dajmy na to. Była ładna i inteligentna. I strasznie taktowna. Cicha, spokojna... Takie lubię. Poza tym taka dziewczęca; bawiła się tylko lalkami, domkami - a nie samochodzikami czy spluwami... Nie w głowie jej było gender.
Po przedszkolu jednak coś się skończyło, wypaliło. Podobno pierwsza miłość nie rdzewieje, a jednak ta zardzewiała. I nawet Pepsi jej nie pomoże.
Potem była Jola. Jola to był harpagan; diabeł, nie dziewczyna. Wszędzie jej było pełno. Niestety - nie wiem dlaczego - nagle przestała mnie unikać. Gdy widziała mnie na dzielni, chowała się np. za samochodami. Jak się później okazało, koniec relacji był dla mnie błogosławieństwem, gdyż z tamtych lat pozostał jej nie tylko temperament, ale i iloraz inteligencji...
Następna była Kasia. Zakochany w niej byłem strasznie, ale ukrycie. Tylko, ku mojemu nieszczęściu, raz się wygadałem takim koleżankom, a one - jak to baby - wszystko jej potem powtórzyły. Wtedy to ja się zacząłem chować - przed nią. Jakoś tak głupio mi było.
Ale Kasia to dziś szczęśliwa, ułożona i dobra dziewczyna. Tylko jej uroda... Z resztą nieważne. Wszystkie kobiety są piękne! Albo inaczej: są piękne i piękniejsze. Jola raczej jest z tych pierwszych...
Kolejna to Asia. Gdzieś połowa podstawówki. Miała piękny, żółty rowerek. Nie wiem nawet czy nie on bardziej mi się podobał... Ale zauroczenie Asią było krótkotrwałe. I dobrze, bo dziś ma już inny rowerek...
CIĄG DALSZY NASTĄPI...
Pierwsza miłość moja to dziewczyna z przedszkola. Julia, dajmy na to. Była ładna i inteligentna. I strasznie taktowna. Cicha, spokojna... Takie lubię. Poza tym taka dziewczęca; bawiła się tylko lalkami, domkami - a nie samochodzikami czy spluwami... Nie w głowie jej było gender.
Po przedszkolu jednak coś się skończyło, wypaliło. Podobno pierwsza miłość nie rdzewieje, a jednak ta zardzewiała. I nawet Pepsi jej nie pomoże.
Potem była Jola. Jola to był harpagan; diabeł, nie dziewczyna. Wszędzie jej było pełno. Niestety - nie wiem dlaczego - nagle przestała mnie unikać. Gdy widziała mnie na dzielni, chowała się np. za samochodami. Jak się później okazało, koniec relacji był dla mnie błogosławieństwem, gdyż z tamtych lat pozostał jej nie tylko temperament, ale i iloraz inteligencji...
Następna była Kasia. Zakochany w niej byłem strasznie, ale ukrycie. Tylko, ku mojemu nieszczęściu, raz się wygadałem takim koleżankom, a one - jak to baby - wszystko jej potem powtórzyły. Wtedy to ja się zacząłem chować - przed nią. Jakoś tak głupio mi było.
Ale Kasia to dziś szczęśliwa, ułożona i dobra dziewczyna. Tylko jej uroda... Z resztą nieważne. Wszystkie kobiety są piękne! Albo inaczej: są piękne i piękniejsze. Jola raczej jest z tych pierwszych...
Kolejna to Asia. Gdzieś połowa podstawówki. Miała piękny, żółty rowerek. Nie wiem nawet czy nie on bardziej mi się podobał... Ale zauroczenie Asią było krótkotrwałe. I dobrze, bo dziś ma już inny rowerek...
CIĄG DALSZY NASTĄPI...
piątek, 5 lutego 2016
Będę stewardem
Przeglądając ostatnio Internety, natrafiłem na ciekawą ofertę pracy jednej z polskich linii czarterowych - wykonujących loty na zamówienie (można w nie kliknąć):
Postanowiłem nie czekać. Wysłałem zgłoszenie (jego treść przepisałem poniżej):
Oto jego treść:
"Witam,
piszę do Państwa w związku z ofertą pracy na stanowisko stewarda. Co prawda, nie spełniam wszystkich ze stawianych przez Państwa wymagań, jednak posiadam szereg unikalnych atutów - niezwykle przydatnych w tej pracy.
Po pierwsze: choruję na rdzeniowy zanik mięśni. Poruszam się na wózku inwalidzkim i ogólnie rzecz biorąc - fizycznie sprawny to nie jestem (w górnych kończynach mam jedynie minimalną władzę). Dzięki temu, gdyby - nie daj, Boże - coś zaczęło się podczas lotu dziać, ja będę wzorem spokoju i opanowania. Nie dam rady wymachiwać rękoma, ani też zbyt głośno krzyczeć; zachowam stoicki spokój. Widząc mnie, reszta pasażerów dojdzie do wniosku, iż wszystko jest pod kontrolą i także zachowa "zimną krew" - co może okazać się przecież zbawienne w skutkach! Tak czy inaczej, jeśli komuś ten spokój uratuje życie - następnym razem na pewno ta osoba ponownie wybierze nasze linie.
Po drugie - dzięki swojemu wózkowi jestem mobilny. Mogę więc elegancko rozwozić fryteczki, kanapki i inne rzeczy, a następnie zbiorę od pasażerów śmieci. Koleżanki sobie w tym czasie odpoczną, co zwiększy ich wydajność.
Kolejny atut: lubię dzieci, a dzieci lubią... mój wózek, który jest szybki i ma parę fajnych funkcji! Będą go sobie mogły obejrzeć, podotykać a nawet ze mną przejechać. To umili czas podróży im oraz ich rodzicom.
Ponadto: będę prawdopodobnie pierwszym na świecie stewardem na wózku! To uczyni naszą firmę globalnym wzorem tolerancji, a wszyscy lewacy będą latać tylko z nami...
Mam tylko dwa, małe zastrzeżenia: nie będę obsługiwał lotów ZUS-u i Platformy. ZUS-u - bo gdyby mnie zobaczyli jak w przestworzach dorabiam sobie do renty, to by mi ją odebrali. A Platformy - nie, bo nie!
Uważam, że jestem wartościowym kandydatem. Czekam na konkretne propozycje.
Z wyrazami szacunku,
Kamil Cierniak"
Dam znać, jak do mnie napiszą. Trzymajcie kciuki.
wtorek, 26 stycznia 2016
Bądź jak Kamil
Ostatnio przypadkiem dowiedziałem się, że "Kamil" w innych językach oznacza np. "szlachetny chłopiec", a także "kompletny" czy "doskonały".
Tak, jestem doskonały. To widać już chyba na pierwszy rzut oka. Jestem kompletny; niczego mi nie brakuje... Ani mięśni mi nie brakuje, ani zaniku mięśni, ani skoliozy, ani układów z ZUS-em, ani kategorii E... Mógłbym tak wymieniać długo. Połączenie Chucka Norrisa i Brada Pitta to przy mnie nic; mogliby mi obaj czyścić buty - te cywilne i te ortopedyczne.
Do tej pory nie wierzyłem, że imię coś mówi o człowieku. A jednak.
Tak, jestem doskonały. To widać już chyba na pierwszy rzut oka. Jestem kompletny; niczego mi nie brakuje... Ani mięśni mi nie brakuje, ani zaniku mięśni, ani skoliozy, ani układów z ZUS-em, ani kategorii E... Mógłbym tak wymieniać długo. Połączenie Chucka Norrisa i Brada Pitta to przy mnie nic; mogliby mi obaj czyścić buty - te cywilne i te ortopedyczne.
Do tej pory nie wierzyłem, że imię coś mówi o człowieku. A jednak.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


