Nim przejdę do tematu wpisu, jedną rzecz muszę napisać. Pisałem jakiś czas temu, podając linka, iż dwóch moich kolegów (a ostatecznie trzech - Dominik, Łukasz i Kamil) - przy organizacyjnym i nie tylko wsparciu ze strony Kingi - chcąc mi pomóc, zamierzają wybrać się rowerami z Bochni na Hel (https://www.facebook.com/pages/Bochnia-Ba%C5%82tyk-na-rowerze-dla-Kamila/1617517835153284?fref=ts). Wybrali się i wczoraj dojechali do celu - po pięciu dniach i prawie 800 km "kręcenia".
Panowie - oraz Kingo, za pomysł (którego autorem był Dominik), a także wyczyn (który, co zrozumiałe, zrobił się medialny) z całego serca Wam dziękuję! Daliście świetny przykład nie tylko tego, co znaczy naprawdę bycie kolegą, przyjacielem, ale przede wszystkim, co w gruncie rzeczy znaczy bycie człowiekiem...
A dzisiejszy temat wpisu to efekt artykułu, jaki ostatnio przeczytałem. Traktował on, w skrócie, o niepełnosprytnych na rynku pracy. Jego tytuł brzmiał "Podatek od braku niepełnosprawnych". Płacą go firmy, której zatrudniają co najmniej 25 osób, a wśród nich mniej "sprawnych inaczej" niż przewiduje ustawa (http://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/rynek/1628325,2,podatek-od-braku-niepelnosprawnych.read). Takie przepisy, jak się można domyślić, prowadzą tyle do dobrego, co i do różnych patologii - tym bardziej, że PFRON dopłaca pracodawcom do pensji niepełnosprawnych - im bardziej chory, tym więcej. Miałoby to może jakiś tam sens, gdyby nie to, że ci "niepełnosprawni" są często dość sprawni i stąd tyle ofert pracy dla "ochroniarzy z orzeczeniem". Z drugiej strony jednak...
Ja ten podatek od braku niepełnosprawnych popieram. Krótka piłka: albo nas zatrudniacie - albo dawać hajs, bęcwały! Z resztą, co to za firma, gdzie nie ma niepełnosprytnych?! Taka firma to nie firma. To zwiastun porażki!
Wiecie dlaczego Niemcy są potęgą gospodarczą, a przez to i polityczną? Bo poszli po rozum do głowy i mają ministra finansów na wózku. Jakby gość chodził - to leżą i robią pod siebie. Polska powinna brać z Niemiec przykład, jeśli mamy się rozwijać jak potrzeba.
W związku z tym, APELUJĘ DO PREZYDENTA RP O DOPISANIE DO REFERENDUM NASTĘPUJĄCEGO PYTANIA: "CZY JEST PAN/PANI ZA TYM, ABY CZŁONKAMI POLSKIEGO RZĄDU BYLI WYŁĄCZNIE NIEPEŁNOSPRAWNI"?
sobota, 22 sierpnia 2015
piątek, 7 sierpnia 2015
Podryw na siłowni
Nowy prezydent jest. Nie wiem, jak Wy, ale ja się cieszę - m.in. przez to, że już nie ma "starego". Z resztą, prezydent jak prezydent, ale jego córka na pewno będzie bardzo godnie reprezentować Polskę...
Ale teraz chciałbym udzielić pewnej rady jakiemuś, który w przypływie desperacji poprosił o nią innych użytkowników sieci na jednym z forów. Napisał tak:
Razem ze mną chodzi na siłownię pewna śliczna kobieta! Nie wiem jak mogę ją poderwać... i czy w ogóle wypada - wiecie jak to jest na siłce - człowiek spocony, zmęczony...
Jakieś rady jak ją poderwać? :)
Nie wiem, czy ktoś tym ludziom płaci za zadawanie żenujących pytań na forach, ale to już inna sprawa. Jak pytają, trzeba pomóc. Ja mogę co najwyżej napisać, jakbym to zrobił w moim przypadku...
A więc tak: ja już na starcie jestem w lepszej pozycji, ponieważ ze względu na to, iż bym zbyt intensywnie prawdopodobnie nie ćwiczył - nie byłbym spocony (a jak się ma pecha i jest się pełnosprytnym, to trzeba się pocić). Podjechałbym do trenującej wybranki i poprosił o to, żeby zademonstrowała mi jak działa ten rowerek i zaoferował, że w zamian pokażę jej, jak działa mój wózek i jaki jest szybki.
Następnie, po tych pierwszych "kotach" poprosiłbym ją, aby pomogła mi na nim popedałować, bo przecież sam nie dam rady - a także wyraziłbym przekonanie, że z TAKĄ pomocą na pewno nabiorę "rzeźby" i już nie będą mi mówić, że mógłbym się schować za oszczep; takie połączenie brania na miękkie serce przy jednoczesnym komplementowaniu. Powiedziałbym, iż jeśli tylko ma ochotę, może mnie używać jako sztangi, bo nie ważę jakoś dużo i przynajmniej nie jestem z żelaza. Zaproponowałbym na koniec sesji, że - w ramach rewanżu - zabiorę ja na taką "swoją" siłownie i pokażę jej, jak się ćwiczy na ugulu, jak działa pionizator, jak poprawia wydolność respirator itd. A potem... to już z górki.
Tak by to było w moim przypadku, o ile w ogóle dostałbym się na siłownię; tu znowu mógłby przecież wystąpić odwieczny problem: brak podjazdu...
Ale teraz chciałbym udzielić pewnej rady jakiemuś, który w przypływie desperacji poprosił o nią innych użytkowników sieci na jednym z forów. Napisał tak:
Razem ze mną chodzi na siłownię pewna śliczna kobieta! Nie wiem jak mogę ją poderwać... i czy w ogóle wypada - wiecie jak to jest na siłce - człowiek spocony, zmęczony...
Jakieś rady jak ją poderwać? :)
Nie wiem, czy ktoś tym ludziom płaci za zadawanie żenujących pytań na forach, ale to już inna sprawa. Jak pytają, trzeba pomóc. Ja mogę co najwyżej napisać, jakbym to zrobił w moim przypadku...
A więc tak: ja już na starcie jestem w lepszej pozycji, ponieważ ze względu na to, iż bym zbyt intensywnie prawdopodobnie nie ćwiczył - nie byłbym spocony (a jak się ma pecha i jest się pełnosprytnym, to trzeba się pocić). Podjechałbym do trenującej wybranki i poprosił o to, żeby zademonstrowała mi jak działa ten rowerek i zaoferował, że w zamian pokażę jej, jak działa mój wózek i jaki jest szybki.
Następnie, po tych pierwszych "kotach" poprosiłbym ją, aby pomogła mi na nim popedałować, bo przecież sam nie dam rady - a także wyraziłbym przekonanie, że z TAKĄ pomocą na pewno nabiorę "rzeźby" i już nie będą mi mówić, że mógłbym się schować za oszczep; takie połączenie brania na miękkie serce przy jednoczesnym komplementowaniu. Powiedziałbym, iż jeśli tylko ma ochotę, może mnie używać jako sztangi, bo nie ważę jakoś dużo i przynajmniej nie jestem z żelaza. Zaproponowałbym na koniec sesji, że - w ramach rewanżu - zabiorę ja na taką "swoją" siłownie i pokażę jej, jak się ćwiczy na ugulu, jak działa pionizator, jak poprawia wydolność respirator itd. A potem... to już z górki.
Tak by to było w moim przypadku, o ile w ogóle dostałbym się na siłownię; tu znowu mógłby przecież wystąpić odwieczny problem: brak podjazdu...
poniedziałek, 3 sierpnia 2015
Niebezpieczna terapia
Ostatnio w mediach można było usłyszeć o lekarzu, który został odsunięty od prowadzenia terapii leczniczej za pomocą marihuany. Słyszałem także w tym czasie głosy chorych, domagających się legalizacji w Polsce tej formy leczenia, stosowanej już w pewnych przypadkach zagranico. A ja Wam, Inwalidki i Inwalidzi, mówię: to jest pułapka!
Ja się na medycynie nie znam, na terapii marihuaną tym bardziej, ale jedno jest pewne: oni chcą, żeby niepełnosprytni sami domagali się takiej pomocy medycznej - a potem nas naćpią i podprowadzą nam rentę!
Mało tego: oni chcą nas zaćpać na cacy! ONI NASZYMI TRUPAMI CHCĄ ZAŁATAĆ DZIURĘ W ZUS-IE! To jest pewne. O upadku ZUS-u przepowiada się nie od dziś, no i właśnie wpadli na nowy pomysł oszczędzania; nafaszerują nas "dopalaczami" - a potem powiedzą, że "terapia się nie udała"...
Tutaj pisałem kiedyś o tym, że chcieli nas spalić żywcem. Nie udało im się, więc teraz wpadli na to. Ale ja taki głupi nie jestem (z resztą, w moim przypadku marihuana to chyba i tak nie jest wskazana, bo mięśnie i tak mam zwiotczone, jakbym całą plantację wysiorbał). Wam, Drogie Inwalidki i Drodzy Inwalidzi radzę to samo: żadnej terapii marihuaną. Niech sobie ośmiorniczkami tą dziurę w ZUS-ie łatają, glonojady jedne...
ZUS - Zalegalizować-Ućpać-Skonfiskować...
Ja się na medycynie nie znam, na terapii marihuaną tym bardziej, ale jedno jest pewne: oni chcą, żeby niepełnosprytni sami domagali się takiej pomocy medycznej - a potem nas naćpią i podprowadzą nam rentę!
Mało tego: oni chcą nas zaćpać na cacy! ONI NASZYMI TRUPAMI CHCĄ ZAŁATAĆ DZIURĘ W ZUS-IE! To jest pewne. O upadku ZUS-u przepowiada się nie od dziś, no i właśnie wpadli na nowy pomysł oszczędzania; nafaszerują nas "dopalaczami" - a potem powiedzą, że "terapia się nie udała"...
Tutaj pisałem kiedyś o tym, że chcieli nas spalić żywcem. Nie udało im się, więc teraz wpadli na to. Ale ja taki głupi nie jestem (z resztą, w moim przypadku marihuana to chyba i tak nie jest wskazana, bo mięśnie i tak mam zwiotczone, jakbym całą plantację wysiorbał). Wam, Drogie Inwalidki i Drodzy Inwalidzi radzę to samo: żadnej terapii marihuaną. Niech sobie ośmiorniczkami tą dziurę w ZUS-ie łatają, glonojady jedne...
ZUS - Zalegalizować-Ućpać-Skonfiskować...
czwartek, 30 lipca 2015
Oaza 2015
Znów mam ten problem jak zawsze, kiedy chcę napisać "relację" z jakiegoś fajnego wyjazdu. Dzieje się wówczas bowiem zwykle dużo ciekawych rzeczy. Tradycyjnie więc wpis będzie bardzo subiektywny, choć chciałbym się skupić niekoniecznie na wydarzeniach najważniejszych z punktu widzenia całej oazy, żeby uniknąć "suchej opisówki"...
Od razu przejdę więc do czwartego dnia oazy, kiedy doznałem małego cudu za wstawiennictwem... zaraz napiszę kogo. Poszedłem wtedy z kolegą na poobiedni, męski spacer po Łososinie Górnej. W pewnym momencie odkręcił mi się joystick, za pomocą którego steruję wózkiem. Stało się to w momencie, gdy byłem mocno rozpędzony. Na szczęście sterownik upadł w taki sposób, że jeszcze przez chwilę miałem kontrolę nad wózkiem i udało mi się bezpiecznie zatrzymać w widocznym miejscu. Kolega pobiegł po pomoc techniczną, a ja w tym momencie uświadomiłem sobie, że przez cały ten czas na oparciu wózka wisiało mi małe zdjęcie papieża Franciszka, który najwyraźniej bardzo mi pomógł (a którego to portret woziłem z resztą za karę, ale to inna sprawa). Gdy tam tak stałem przez paręnaście minut, budziłem wśród mieszkańców niemałe zdziwienie; aż czułem się jak gwiazda, kiedy bawiliśmy się w takie małe, niedzielne "akuku" przez liście winogrona. W końcu niecodziennie widzi się przed swoimi oknami specyficznie i wręcz podejrzanie, jak wykazywałem kilka wpisów wcześniej, wyglądającego gościa na wózku, siedzącego luzacko w lipcowym słońcu - z wizerunkiem Głowy Kościoła nad swoją własną głową. Ludzie myśleli może, że prorok jaki nawiedził Łososinę. Niestety, prorok ze mnie kiepski, a tamci mieszkańcy na podobne zjawisko nadprzyrodzone muszą poczekać co najmniej rok.
Jednym z ważniejszych dni na oazie był ten, w którym odbyliśmy wycieczkę do Zakopanego i Ludźmierza. Choć dzień był gorący i męczący - było warto. Po raz pierwszy, pewnie nie tylko ja z resztą, zobaczyłem Dolinę Chochołowską. Tam też odbyłem swoją najpiękniejszą w życiu toaletę w plenerze - coś pięknego (oczywiście wszystko w zgodzie z duchem ostatniej encykliki wspomnianego już papieża Franciszka nt. ekologii i szacunku dla płaczącej Matki-Ziemi). A piszę o tym, bo o toaletach w plenerze mógłbym wydać przewodnik. I pewnie kiedyś wydam, bo gdy zegar w brzuchu pika - tam potrzeba przewodnika...
Była to też najdalsza moja podróż w życiu w samych tylko skarpetach na stopach. Trudno pamiętać o butach, kiedy budzą ludzi o 4.50 i trzeba się streszczać do autokaru. Z resztą w jednej z oazowych piosenek śpiewano: "...nie warto na drogę tę sandałów i płaszcza zabierać". No to nie zabrałem. Poza tym, boso też czasem trzeba pochodzić.
Ciekawą rzecz zaobserwowałem także w autokarze. Gdy prawie wszyscy spali w trakcie podróży, głowy kiwały się i spadały jadącym na wszystkie strony, co najmniej jakby chorowali na coś takiego, na co ja mam okazję. Bardzo komicznie wygląda walka z grawitacją kilkudziesięciu głów na raz. Niemniej, jest to dobry sposób na podryw. Wystarczy po prostu zająć miejsce przy odpowiedniej osobie i wytrwale czekać, aż zaśnie; jest duża szansa, że sporą część podróży spędzi z głową na ramieniu sąsiada/ki. Pomóc tu może także znajomość trasy, no bo jeśli na przykład wiemy, że posiada ona więcej zakrętów w lewo, niż w prawo - to lepiej jest zająć miejsce po prawej stronie i na odwrót. Rendez vous wtedy gotowe...
Dzień później mieliśmy jeszcze jedną wycieczkę - tym razem do Muszyny i... Limanowej, choć miało to wyglądać trochę inaczej. Grunt, że były dobre lody. Ponadto zobaczyłem tam też niezwykły, nowoczesny, futurystyczny wręcz podjaździk. Otóż nie zaczynał/kończył on się na poziomie jezdni, jak to zwykle bywa, a na... pierwszym schodku.
Mówiąc szczerze, osobiście uważam, że taki podjazd to genialny pomysł. Ja też bowiem nie jestem zwolennikiem dawania tym niepełnosprytnym pod nos wszystkiego, o czym marzą. Uważam, że należy ich aktywizować, a nie rozbestwiać; dawać "wędkę", a nie "rybę". Tamta rampa to idealny przykład, wzór. Chcesz tam wjechać? Naucz się chodzić! Oby więcej takich podjazdów, a Polska wreszcie stanie na nogi!
Pod koniec oazy z kolei, w kameralnej atmosferze, doszło do historycznego wydarzenia. Siłowałem się na rękę z chorym na właściwie to samo co ja, Januszem. Po jego stronie przemawiała większa masa i doświadczenie, po mojej - wola walki i wiara w sukces. Niestety, szybko przegrałem pierwszą potyczkę, a następnie rewanż. Pojedynek Gigantów zakończył się moją sromotną porażką i jeszcze przyjdzie mi poczekać na awans do Ligi Mistrzów Siłowania Się na Rękę Osób z Zanikiem Mięśni...
Co do samej oazy - jak zwykle atmosferę tworzyli tam świetni ludzie. Pisałem o tym po każdej oazie i trochę nie chcę się powtarzać. To właśnie ludzie też nauczyli mnie tam po raz kolejny, że nie warto nikogo oceniać ani po kilku, ani po kilkunastu dniach wspólnego pobytu. Osoby, które przez cały turnus wydawały się mieć takie i takie cechy - pod koniec pobytu przechodziły jakby metamorfozę i przechodziłyby może kolejne, gdyby oaza trwała dłużej. Dobrze jest zobaczyć, jak bardzo się człowiek w prosty sposób może pomylić; to uczy pokory.
Na koniec wpisu, tradycyjnie już - szczególne podziękowania: dla Krystiana, za cierpliwość i umiejętne dzielenie czasu pomiędzy opieką nade mną i czasem kilka razy dziennie medyczną pomoc innym potrzebującym; Pawłowi - również za cierpliwość podczas opieki oraz pokorę w tym nowym, hardcorowym doświadczeniu; ponadto Ewie, dziewczynom z 9-tki za gościnność (niekoniecznie legalną), a także wszystkim tym, którzy (z)organizowali oazę; Stowarzyszeniu Cyrenejczyk, Księdzu Dyrektorowi, Pani Ali, Księżom Moderatorom, Siostrom i wszystkim niewymienionym, zasłużonym bezpośrednio i pośrednio. Na końcu oczywiście wszystkim Uczestnikom za to, że byli i współtworzyli cały ten proceder!
A, jeszcze jedno: na oazie właśnie jeden z księży (pozdrawiam Księdza Dyrektora) powiedział mi, że na podstawie moich różnych wpisów ułożył Drogę Krzyżową. W pierwszej chwili, nie ukrywam, zrobiło mi się miło. Ale po czasie dotarło do mnie, że coś chyba mi nie wyszło i w sumie to nie wiem czy się cieszyć czy nie. Przecież z reguły staram się, żeby mimo wszystko jakoś tak w miarę humorystycznie było: ironia, satyra i te rzeczy. A tu - Droga Krzyżowa...
Życie jest największym mistrzem ironii.
Od razu przejdę więc do czwartego dnia oazy, kiedy doznałem małego cudu za wstawiennictwem... zaraz napiszę kogo. Poszedłem wtedy z kolegą na poobiedni, męski spacer po Łososinie Górnej. W pewnym momencie odkręcił mi się joystick, za pomocą którego steruję wózkiem. Stało się to w momencie, gdy byłem mocno rozpędzony. Na szczęście sterownik upadł w taki sposób, że jeszcze przez chwilę miałem kontrolę nad wózkiem i udało mi się bezpiecznie zatrzymać w widocznym miejscu. Kolega pobiegł po pomoc techniczną, a ja w tym momencie uświadomiłem sobie, że przez cały ten czas na oparciu wózka wisiało mi małe zdjęcie papieża Franciszka, który najwyraźniej bardzo mi pomógł (a którego to portret woziłem z resztą za karę, ale to inna sprawa). Gdy tam tak stałem przez paręnaście minut, budziłem wśród mieszkańców niemałe zdziwienie; aż czułem się jak gwiazda, kiedy bawiliśmy się w takie małe, niedzielne "akuku" przez liście winogrona. W końcu niecodziennie widzi się przed swoimi oknami specyficznie i wręcz podejrzanie, jak wykazywałem kilka wpisów wcześniej, wyglądającego gościa na wózku, siedzącego luzacko w lipcowym słońcu - z wizerunkiem Głowy Kościoła nad swoją własną głową. Ludzie myśleli może, że prorok jaki nawiedził Łososinę. Niestety, prorok ze mnie kiepski, a tamci mieszkańcy na podobne zjawisko nadprzyrodzone muszą poczekać co najmniej rok.
Jednym z ważniejszych dni na oazie był ten, w którym odbyliśmy wycieczkę do Zakopanego i Ludźmierza. Choć dzień był gorący i męczący - było warto. Po raz pierwszy, pewnie nie tylko ja z resztą, zobaczyłem Dolinę Chochołowską. Tam też odbyłem swoją najpiękniejszą w życiu toaletę w plenerze - coś pięknego (oczywiście wszystko w zgodzie z duchem ostatniej encykliki wspomnianego już papieża Franciszka nt. ekologii i szacunku dla płaczącej Matki-Ziemi). A piszę o tym, bo o toaletach w plenerze mógłbym wydać przewodnik. I pewnie kiedyś wydam, bo gdy zegar w brzuchu pika - tam potrzeba przewodnika...
Była to też najdalsza moja podróż w życiu w samych tylko skarpetach na stopach. Trudno pamiętać o butach, kiedy budzą ludzi o 4.50 i trzeba się streszczać do autokaru. Z resztą w jednej z oazowych piosenek śpiewano: "...nie warto na drogę tę sandałów i płaszcza zabierać". No to nie zabrałem. Poza tym, boso też czasem trzeba pochodzić.
Ciekawą rzecz zaobserwowałem także w autokarze. Gdy prawie wszyscy spali w trakcie podróży, głowy kiwały się i spadały jadącym na wszystkie strony, co najmniej jakby chorowali na coś takiego, na co ja mam okazję. Bardzo komicznie wygląda walka z grawitacją kilkudziesięciu głów na raz. Niemniej, jest to dobry sposób na podryw. Wystarczy po prostu zająć miejsce przy odpowiedniej osobie i wytrwale czekać, aż zaśnie; jest duża szansa, że sporą część podróży spędzi z głową na ramieniu sąsiada/ki. Pomóc tu może także znajomość trasy, no bo jeśli na przykład wiemy, że posiada ona więcej zakrętów w lewo, niż w prawo - to lepiej jest zająć miejsce po prawej stronie i na odwrót. Rendez vous wtedy gotowe...
Dzień później mieliśmy jeszcze jedną wycieczkę - tym razem do Muszyny i... Limanowej, choć miało to wyglądać trochę inaczej. Grunt, że były dobre lody. Ponadto zobaczyłem tam też niezwykły, nowoczesny, futurystyczny wręcz podjaździk. Otóż nie zaczynał/kończył on się na poziomie jezdni, jak to zwykle bywa, a na... pierwszym schodku.
Mówiąc szczerze, osobiście uważam, że taki podjazd to genialny pomysł. Ja też bowiem nie jestem zwolennikiem dawania tym niepełnosprytnym pod nos wszystkiego, o czym marzą. Uważam, że należy ich aktywizować, a nie rozbestwiać; dawać "wędkę", a nie "rybę". Tamta rampa to idealny przykład, wzór. Chcesz tam wjechać? Naucz się chodzić! Oby więcej takich podjazdów, a Polska wreszcie stanie na nogi!
Pod koniec oazy z kolei, w kameralnej atmosferze, doszło do historycznego wydarzenia. Siłowałem się na rękę z chorym na właściwie to samo co ja, Januszem. Po jego stronie przemawiała większa masa i doświadczenie, po mojej - wola walki i wiara w sukces. Niestety, szybko przegrałem pierwszą potyczkę, a następnie rewanż. Pojedynek Gigantów zakończył się moją sromotną porażką i jeszcze przyjdzie mi poczekać na awans do Ligi Mistrzów Siłowania Się na Rękę Osób z Zanikiem Mięśni...
Co do samej oazy - jak zwykle atmosferę tworzyli tam świetni ludzie. Pisałem o tym po każdej oazie i trochę nie chcę się powtarzać. To właśnie ludzie też nauczyli mnie tam po raz kolejny, że nie warto nikogo oceniać ani po kilku, ani po kilkunastu dniach wspólnego pobytu. Osoby, które przez cały turnus wydawały się mieć takie i takie cechy - pod koniec pobytu przechodziły jakby metamorfozę i przechodziłyby może kolejne, gdyby oaza trwała dłużej. Dobrze jest zobaczyć, jak bardzo się człowiek w prosty sposób może pomylić; to uczy pokory.
Na koniec wpisu, tradycyjnie już - szczególne podziękowania: dla Krystiana, za cierpliwość i umiejętne dzielenie czasu pomiędzy opieką nade mną i czasem kilka razy dziennie medyczną pomoc innym potrzebującym; Pawłowi - również za cierpliwość podczas opieki oraz pokorę w tym nowym, hardcorowym doświadczeniu; ponadto Ewie, dziewczynom z 9-tki za gościnność (niekoniecznie legalną), a także wszystkim tym, którzy (z)organizowali oazę; Stowarzyszeniu Cyrenejczyk, Księdzu Dyrektorowi, Pani Ali, Księżom Moderatorom, Siostrom i wszystkim niewymienionym, zasłużonym bezpośrednio i pośrednio. Na końcu oczywiście wszystkim Uczestnikom za to, że byli i współtworzyli cały ten proceder!
A, jeszcze jedno: na oazie właśnie jeden z księży (pozdrawiam Księdza Dyrektora) powiedział mi, że na podstawie moich różnych wpisów ułożył Drogę Krzyżową. W pierwszej chwili, nie ukrywam, zrobiło mi się miło. Ale po czasie dotarło do mnie, że coś chyba mi nie wyszło i w sumie to nie wiem czy się cieszyć czy nie. Przecież z reguły staram się, żeby mimo wszystko jakoś tak w miarę humorystycznie było: ironia, satyra i te rzeczy. A tu - Droga Krzyżowa...
Życie jest największym mistrzem ironii.
środa, 15 lipca 2015
Mój list do prezydenta Krakowa - czyli jak rozprawiam się z "inwalidami"
Zanim przejdę do właściwego tematu, powiem tylko, że jutro wyjeżdżam na oazę. Po powrocie postaram się o jakąś tradycyjną relację. Być może będzie też o niej nowy materiał filmowy... Proszę o modlitwę, by była owocna (oaza, nie relacja). A teraz do rzeczy.
Nie wiem czy już to kiedy na tym blogu pisałem czy nie – ale denerwuje mnie
dyskusja nad tym, jak powinny być nazywane osoby niepełnosprawne tak, by nie
było to sformułowanie obraźliwe. Jeśli o mnie chodzi, to jest mi zasadniczo wszystko jedno, jak ktoś o mnie powie - dopóki słowo nie jest jakies faktycznie
obraźliwe. Dziwi mnie np., że „inwalida” jest za takie uważane. Mało tego, podobno niewłaściwe jest już nawet to,
co do niedawna było poprawne -„osoba sprawna inaczej”. Niektórzy to naprawdę nie
mają problemów.
Cóż, postępująca poprawność polityczna to temat-rzeka i chyba jeden z syndromów nadchodzącej Paruzji. Niemniej, póki się da –
trzeba z niej korzystać. Jak wyzywają od niepełnosprawnych i innych, to trzeba
się z honorem bronić. W związku z tym wystosowałem do pezydenta Krakowa, prof.Jacka
Majchrowskiego, następującego maila (potwierdzenie tradycyjnie pod tekstem):
"Szanowny Panie Prezydencie,
jako osoba z ograniczoną pełnosprawnością (poruszam się na wózku nikczemnie zwanym "inwalidzkim") – żeby nie powiedzieć:
niepełnosprawna – zwracam się z prośbą o zmianę nazwy krakowskiego Placu Inwalidów na np. „Plac
Sprawnych Inaczej”. Wszak invalid oznacza po angielsku: uszkodzony, niepotrzebny. A ja angielski znam, bo taki uszkodzony nie jestem! Ze mnie taki inwalida jak z Tabalugi organista.
Obecna nazwa Placu z pewnością godzi nie tylko we mnie, ale we wszystkich , którzy są w podobnym jak jak ja.położeniu. Ilekroć przejeżdżam autobusem przez przystanek Plac Inwalidów, tylekroć czuję się zmasakrowany. Tylekroć budzi się we mnie poczucie niesprawiedliwości społecznej. Uszyma wyobraźni słyszę wtenczas ten szyderczy śmiech ze mnie pozostałych pasażerów. Mają oni wówczas szczęście, że jestem sprawny inaczej, bo gdybym był sprawny nieinaczej, czyli inaczej: sprawny, to nie wiem, kto by tam był inwalidą!
Zdaję sobie oczywiście sprawę, iż taka nazwa została Placowi nadana na cześć Inwalidów Wojennych. Niemniej o tym i tak nie każdy wie. Poza tym - "inwalida" to "inwalida", chamstwo jest chamstwem. Dłużej tego upokorzenia nie zniosę.
Dyskryminujące w Krakowie bywają też i inne rzeczy. Na przykład tramwaje bez podjazdu (ok. 95%) ,ciągle często zbyt wysokie krawężniki, nadal fatalne niektóre chodniki, na których można zrobić sobie krzywdę i stać się jeszcze bardziej sprawnym inaczej, a nawet kaleką - i żadne słowo nie będzie tu obraźliwe...
Ale po kolei. Najpierw Plac Inwalidów - to przynajmniej można zmienić niewielkim kosztem. W Panu, jako człowieku o lewicowej wrażliwości - cała nadzieja prześladowanych. Liczę na pomyślną odpowiedź.
Z wyrazami szacunku,
Kamil Cierniak"
sobota, 11 lipca 2015
Gra o tron
Natrafiłem dzisiaj przypadkiem w internetach na jakąś listę dziesięciu osób o najwyższym IQ na świecie. Wśród nich jest jest reprezentant z zanikiem mięśni - Stephen Hawking, o którym parę razy już pisałem! Choć wynik Stefana nie był najwyższy z dziesięciu.- czuję się elitą. Ba, nawet na Wikipedii jest info, że moja choroba - rdzeniowy zanik mięśni - to choroba "geniuszy".
Ja jednak jestem samokrytyczny. Powiem Wam szczerze, że - choć to Was pewnie zszokuje - ja to mam nawet ograniczone zaufanie do tych ludzi z zanikiem. Podejrzani są...
Po pierwsze - duża część z nich tak podejrzanie wygląda; są krzywi, sprawiają wrażenie, jakby się przed kimś chowali. Mają ewidentnie coś na sumieniu...
Po drugie - niewyraźnie mówią i nigdy nie wiadomo, kiedy akurat przez chorobę, a kiedy przez dopalacze. To też obniża ich wiarygodność.
Po trzecie - większość z przynajmniej tych zanikowców, których znam, to lewaky (co by nieco podkopywało tezę o "chorobie geniuszy). A lewakom się nie ufa.
Niemniej jednak - mamy potencjał i wierzę, że jeszcze kiedyś ja i moi ludzie przejmiemy kontrolę nad światem. Mamy zaplecze intelektualne, techniczne (wózki, tleny, respiratory i inne smart-gadżety). Wcześniej musimy tylko pokonać Żydów i masonów. I pasowałoby się streszczać, póki Hawking i ja jeszcze żyjemy...
poniedziałek, 6 lipca 2015
Rampa uczy pokory
"Nie poganiaj mnie, bo tracę oddech. Nie poganiaj mnie, bo gubię rytm" - śpiewał kiedyś zespół Maanam. Słowa te idealnie pasują do stanu technicznego niektórych podjazdów (podjazdusiów) w krakowskiej komunikacji miejskiej...
Jakiś czas temu wracałem z kolegą z uczelni. Akurat na przystanek podjechał nowoczesny, testowy tramwaj. Przy jednych z drzwi miał znaczek z tym takim białym, łysym hipkiem na wózku na niebieskim tle, który zawsze i wszędzie mnie i moich ziomków reprezentuje - co miało oznaczać, że to wejście jest przystosowane dla niepełnosprytnych. Był też przy tym znaczku przycisk mający sygnalizować motorniczemu, że ktoś chce wjechać. Jako jeden z naprawdę niewielu tramwajów w Krk miał podjazd. Kolega wciska przycisk - i nic. Podchodzi więc do kabiny motorniczego i pyta, czy ta rampa działa.
- Niestety nie działa, bo jest za nowa. - brzmiała odpowiedź. Zostałem więc czekając na tramwaj ze starszym podjazdem...
Podobnie wczoraj; czekam z kolegą na autobus. Podjeżdża - piękny, nowoczesny, niczym z filmów futurystycznych. Kolega otwiera rampę - nie da rady. Podchodzi kierowca. Ciągnie ją i ciągnie - niczym tą rzepkę - ale lipa. Diagnoza była straszna niczym rdzeniowy zanik mięśni:
- Wie pan... To jest za nowe. Prawie nieużywane.
Pan kierowca poszedł po jakiś otwieracz, ale w tym czasie kolega pokonał tą oporną nowość. Udało się.
Sami jednak widzicie - "co nagle, to po diable", a "gdy się człowiek spieszy, to się diabeł cieszy". Podjazd też człowiek - potrzebuje czasu, żeby się otworzyć. Nie wszystko, co nowe, musi działać, bo może być ZA nowe; skrajności, jak widać, są złe. Mechanizm nie może być ani za nowy, ani tym bardziej za stary - musi być w średnim wieku. Powinien się ułożyć jak obiadek w brzuszku; musi odpowiednio wejść w "rolę". Niezbędny jest tu czas na aklimatyzację i stabilizację. Z podjazdem trzeba jak z miłością - nic na siłę. Pasażer "kocha, to poczeka".
Subskrybuj:
Posty (Atom)
