Na jakiś czas - miesiąc, może dłużej - chcę zawiesić bloga. Wiem, że w tej chwili runął Wasz świat i życie straciło jakikolwiek sens, ale żyjcie nadzieją. Z resztą, jego popularność ostatnio ciutkę wzrosła, a to pewnie znaczy, że poziom spadł (bo czasem jest tak, jak to bywa choćby nieraz w polityce - im głupsza partia, tym większe poparcie).
Tymczasem proszę o jakąś modlitwę czasem, no i do przeczytania!
wtorek, 2 grudnia 2014
środa, 26 listopada 2014
Co Wam powiem, to Wam powiem
Większość z Was zauważyła pewnie, że czasami komunikacja ze mną nie należy do najprostszych wyzwań. M.in. nieraz jąkam się (zwłaszcza, jak się stresuję), co powoduje wydłużenie czasu mojej wypowiedzi. Poza tym mówię dość cicho i stosunkowo niewyraźnie (co nierzadko generuje śmieszne dialogi, ale śmieszne tylko dla mnie, co... też jest śmieszne).
Problemy z dykcją są fajne. Bo tak na przykład gdy się zająkuję, mam czas, by zmienić treść tego, co chcę powiedzieć, albo wcale tego nie wymówić - kiedy, powiedzmy, zdążę się zreflektować, że dana riposta jednak nie jest cięta.
Albo też, gdy powiem coś zbyt cicho/niewyraźnie i ktoś prosi o to, bym powtórzył, mam wtedy możliwość zawieszenia tejże konserwacji polsko-polskiej, tudzież na zapytanie "co?", zmasakrować rozmówcę słowem "śmigło". Fajna zabawa jest.
Uważam, że wszyscy, którzy zawodowo odpowiadają za słowo, powinni mieć problemy z dykcją: dziennikarze, politycy, wykładowcy itd. To powinien być wymóg. Ja wpisuję do CV...
Problemy z dykcją są fajne. Bo tak na przykład gdy się zająkuję, mam czas, by zmienić treść tego, co chcę powiedzieć, albo wcale tego nie wymówić - kiedy, powiedzmy, zdążę się zreflektować, że dana riposta jednak nie jest cięta.
Albo też, gdy powiem coś zbyt cicho/niewyraźnie i ktoś prosi o to, bym powtórzył, mam wtedy możliwość zawieszenia tejże konserwacji polsko-polskiej, tudzież na zapytanie "co?", zmasakrować rozmówcę słowem "śmigło". Fajna zabawa jest.
Uważam, że wszyscy, którzy zawodowo odpowiadają za słowo, powinni mieć problemy z dykcją: dziennikarze, politycy, wykładowcy itd. To powinien być wymóg. Ja wpisuję do CV...
środa, 19 listopada 2014
Agent idealny
Mowa ciała mówi dużo o człowieku, o jego emocjach w danej chwili. Stosunkowo łatwo rozpoznajemy kiedy ktoś się denerwuje, często też gdy kłamie itd. I właśnie dlatego byłbym świetnym dyplomatą!
Ja nie tuptam, jak się stresuję, nie krzyżuję także stóp; nie dam rady pocierać sobie twarzy dłońmi, nie ściszam głosu (bo bardziej się nie da), jąkam się z natury itd. Jedyne, co mnie zdradza, to mimika i ruchliwe palce u rąk (u nóg w sumie też, ale tylko u prawej i tylko trzy, z resztą w bucie nie widać). Z czasem pewnie jednak, w miarę postępu choroby, stanę się dyplomatą - lub agentem - idealnym; moje palce się ogarną, a twarz będzie pokerowa... Wtedy CIA, MOSAD, Rutkowski - wszystko będzie przede mną i to tym bardziej, że - jak wykazałem tutaj - niepełnosprawni są teraz w cenie.
Najpierw jednak trzeba dokończyć te wybory samorządowe, tzn. przeliczyć głosy. O ile jestem przeciwnikiem rewolucji i przewrotów, o tyle coraz częściej dochodzę do wniosku, że inaczej naszego państwa się nie naprawi. A teraz chciałbym tylko jeszcze krótko postraszyć PKW: my się jeszcze... POLICZYMY!
Ja nie tuptam, jak się stresuję, nie krzyżuję także stóp; nie dam rady pocierać sobie twarzy dłońmi, nie ściszam głosu (bo bardziej się nie da), jąkam się z natury itd. Jedyne, co mnie zdradza, to mimika i ruchliwe palce u rąk (u nóg w sumie też, ale tylko u prawej i tylko trzy, z resztą w bucie nie widać). Z czasem pewnie jednak, w miarę postępu choroby, stanę się dyplomatą - lub agentem - idealnym; moje palce się ogarną, a twarz będzie pokerowa... Wtedy CIA, MOSAD, Rutkowski - wszystko będzie przede mną i to tym bardziej, że - jak wykazałem tutaj - niepełnosprawni są teraz w cenie.
Najpierw jednak trzeba dokończyć te wybory samorządowe, tzn. przeliczyć głosy. O ile jestem przeciwnikiem rewolucji i przewrotów, o tyle coraz częściej dochodzę do wniosku, że inaczej naszego państwa się nie naprawi. A teraz chciałbym tylko jeszcze krótko postraszyć PKW: my się jeszcze... POLICZYMY!
czwartek, 13 listopada 2014
Polak, biedak
Mam nadzieję, że tylko mi się wydaje, ale odnoszę wrażenie, że mamy wciąż jeszcze jakiś kretyński gust z komunizmu - że jak coś (np. moda, nowy "sport") jest zagraniczne, to jest lepsze, a jak Zachodnie - to najlepsze, przy czym szczytem ideału jest coś, co kończy się na "ing" - jogging, nordic walking, planking itd.
Jednym z wyjątków - bo ze Wschodu i nie "ing" - jest joga. Ostatnio wszędzie widzę reklamę tej wspaniałości; dla studentów jest zniżka i ta pani ze zdjęcia taka zgrabna...
Pieron wie, czy ta joga coś pomaga czy tylko robi wodę z mózgu (abstrahując już od nawiedzeń), ale jako niepełnosprytny tego nie zweryfikuję. W jodze trzeba tak nogi pod siebie podwijać, a ja nie dam rady; musiałaby mi instruktorka pomóc, a jakby mi pomagała, to by się zapatrzyła na mnie i jeszcze zapomniałaby tamtych z tego letargu powybudzać. Poza tym mam duże przykurcze w kolanach i by mnie to strasznie bolało, a wtedy nijak się nie idzie skupić. Szkoda, bo joga jest taka modna (jeszcze), taka zagraniczna...
Jogging też nie dla mnie, bo to trzeba wstawać wcześnie rano, a ja nie lubię. Planking także odpada, bo na brzuchu jak leżę, to mi duszno, a w dodatku jestem trochę krzywy i pewnie bym ciągle spadał... Nordic walking też nie wchodzi w grę, bo to usprawnia te partię mięśni, których prawie nie mam.
Jak widzicie, wszystko, co na tym świecie najlepsze, zagraniczne, omija mnie. Zostaje mi polskie leżenie, siedzenie, myślenie, oddychanie... Eh, gdyby to się choć nazywało po angielsku...
Na szczęście jest jeszcze marketING polityczny. Poniżej - trochę też w odniesieniu do poprzedniego wpisu - dołączam mój wywiad z Bawerem Aondo - Akaa, kandydatem do Rady Dzielnicy Prądnik Biały.
Pozdrawiam!
Jednym z wyjątków - bo ze Wschodu i nie "ing" - jest joga. Ostatnio wszędzie widzę reklamę tej wspaniałości; dla studentów jest zniżka i ta pani ze zdjęcia taka zgrabna...
Pieron wie, czy ta joga coś pomaga czy tylko robi wodę z mózgu (abstrahując już od nawiedzeń), ale jako niepełnosprytny tego nie zweryfikuję. W jodze trzeba tak nogi pod siebie podwijać, a ja nie dam rady; musiałaby mi instruktorka pomóc, a jakby mi pomagała, to by się zapatrzyła na mnie i jeszcze zapomniałaby tamtych z tego letargu powybudzać. Poza tym mam duże przykurcze w kolanach i by mnie to strasznie bolało, a wtedy nijak się nie idzie skupić. Szkoda, bo joga jest taka modna (jeszcze), taka zagraniczna...
Jogging też nie dla mnie, bo to trzeba wstawać wcześnie rano, a ja nie lubię. Planking także odpada, bo na brzuchu jak leżę, to mi duszno, a w dodatku jestem trochę krzywy i pewnie bym ciągle spadał... Nordic walking też nie wchodzi w grę, bo to usprawnia te partię mięśni, których prawie nie mam.
Jak widzicie, wszystko, co na tym świecie najlepsze, zagraniczne, omija mnie. Zostaje mi polskie leżenie, siedzenie, myślenie, oddychanie... Eh, gdyby to się choć nazywało po angielsku...
Na szczęście jest jeszcze marketING polityczny. Poniżej - trochę też w odniesieniu do poprzedniego wpisu - dołączam mój wywiad z Bawerem Aondo - Akaa, kandydatem do Rady Dzielnicy Prądnik Biały.
Pozdrawiam!
piątek, 7 listopada 2014
Jestem na topie!
Mój ostatni wpis cieszył się chyba największym odzewem w historii bloga. Lajków natrzaskałem jak Rafał Brzozowski na oficjalnym fanpage'u, usłyszałem też w różnej formie trochę komentarzy... Chyba wiem, jaka jest tego przyczyna: niepełnosprawność jest teraz na topie!
Wiecie, niepełnosprawność budzi obecnie szerokie zainteresowanie społeczeństwa. Piszą o nas artykuły, książki (dużo z nich można mieć za darmo), kręcą filmy, reportaże, rozpoznają nas bez problemu na ulicy, starsze panie zaczepiają - krótko mówiąc, jesteśmy celebrytami!
Są i przywileje: ja i moi ludzie mamy swoje miejsca parkingowe (choć czasem zajmuje je plebs), osobne, ekskluzywne Water Closet'y w miejscach i budynkach publicznych, osobne kasy w sklepach, szmery-bajery... Sami też działamy, m.in. w mediach: posiadamy własne gazetki, biuletyny, internety, audycje w telewizji (nie tylko reżimowej), łańcuszki na Facebooku i Naszej Klasie... Ogólnie - dziewczyny, sława... Ortopedzi... Jest rozmach.
Jak dzisiaj się powie: niepełnosprawny, to wiadomo, że ten ktoś coś sobą reprezentuje. Ba, nawet ochroniarze niepełnosprawni są często poszukiwani na rynku pracy. Ja i moi ludzie po prostu mamy w sobie jakość. Jesteśmy tak bardzo trendy...
Według danych, jest nas w Polsce prawie pięć milionów - czyli prawie czterdzierści razy więcej niż żołnierzy! Jakbyśmy z moimi ludźmi zrobili na granicach barykady, to mucha nie przeleci!
I w ogóle dzielnie walczymy z systemem...
Wiecie, niepełnosprawność budzi obecnie szerokie zainteresowanie społeczeństwa. Piszą o nas artykuły, książki (dużo z nich można mieć za darmo), kręcą filmy, reportaże, rozpoznają nas bez problemu na ulicy, starsze panie zaczepiają - krótko mówiąc, jesteśmy celebrytami!
Są i przywileje: ja i moi ludzie mamy swoje miejsca parkingowe (choć czasem zajmuje je plebs), osobne, ekskluzywne Water Closet'y w miejscach i budynkach publicznych, osobne kasy w sklepach, szmery-bajery... Sami też działamy, m.in. w mediach: posiadamy własne gazetki, biuletyny, internety, audycje w telewizji (nie tylko reżimowej), łańcuszki na Facebooku i Naszej Klasie... Ogólnie - dziewczyny, sława... Ortopedzi... Jest rozmach.
Jak dzisiaj się powie: niepełnosprawny, to wiadomo, że ten ktoś coś sobą reprezentuje. Ba, nawet ochroniarze niepełnosprawni są często poszukiwani na rynku pracy. Ja i moi ludzie po prostu mamy w sobie jakość. Jesteśmy tak bardzo trendy...
Według danych, jest nas w Polsce prawie pięć milionów - czyli prawie czterdzierści razy więcej niż żołnierzy! Jakbyśmy z moimi ludźmi zrobili na granicach barykady, to mucha nie przeleci!
I w ogóle dzielnie walczymy z systemem...
poniedziałek, 27 października 2014
Spowiedź niepełnosprytnego
Kilka dni temu - konkretnie we czwartek, minęły dokładnie cztery lata od mojego pierwszego wpisu, jeszcze na innej platformie: http://kambloger.blogan.pl/kategoria-gowna/2010/10/23/poczatek. Ten okres jednego mundialu uczczę wyjątkowo szczerym wpisem. Taki bonus od firmy. Doceńcie to, bo niezbyt jestem wylewny, jeśli chodzi chodzi o mówienie o uczuciach, wyczuciach, odczuciach itd. I czytajcie uważnie, bo będę sypał sentencjami jak proboszcz na sumie w niedziele...
Wiecie, często słyszę od ludzi, że ja to taki jestem wspaniały i cierpliwy, no bo się tak pogodziłem z chorobą... Kilka lat temu doszedłem do tego samu wniosku; "nie jest łatwo, ale jestem pogodzony i kropka". Dopiero od niedawna dociera do mnie, że to gówno prawda.
Pogodzony jestem tylko w jakimś sensie. Godzić się jednak muszę codziennie, nieraz po kilka razy. Za każdym razem, gdy odczuwam, że to nie jest normalne, że nie jestem jak moi rówieśnicy. Podam tylko kilka przykładów, pospolitych, ale mniej drastycznych.
Niejednokrotnie pyta mnie ktoś: jak tam życie studenckie? Nie bardzo wiem, co wtedy odpowiedzieć. Moje "życie studenckie" niewiele różni się od życia trzymanego pod kloszem nastolatka, w dodatku - mamin-synka. Od dwóch lat studiów nie byłem na żadnej imprezie; nie piję z zasady, nie potańczę, nie pogadam, bo za głośno, więc nie idę. A zniżki mam! Często gdy studenci o 22. dopiero wychodzą z akademika, ja obieram kurs na laptop bądź łózko, bo co mam robić? Także taka imprezka.
Inny przykład, to gdy powiedzmy, fajnie rozmawia mi się z jakąś dziewczyną, z którą mam podobne zainteresowania, światopogląd, podobne poczucie humoru, która jest ładna i wolna... Po prostu taka, którą w warunkach laboratoryjnych mógłbym podrywać (np. na te gęste włosy i rzadką brodę), a teraz mogę to robić tylko na "rzadką chorobę" (choć znam przypadki, gdzie ten motyw poskutkował).
Jednak nie wiem, czy najgorsza w mojej chorobie nie jest jej "zaraźliwość"; fakt, iż razem ze mną "choruje" osoba, która się mną opiekuje. Tak, to najgorsze, bo to jak odłamki od granatu.
Po co to piszę? Po to, by głównie osoby młode i pełnosprawne doceniły to, co mają. Do Was szczególnie to adresuję. Wiem, że znacie ten banał (a duża część życia składa się z banałów) od babci ze wsi, od księdza z katechez, od typowej polonistki itd., ale ja Wam to mówię z autopsji. Wiem, że różne problemy czasem przysłaniają to, co mamy, ale zdrowie jest naprawdę cenne. Doceńcie to, przynajmniej jutro, przynajmniej kilka dni. Jak pisał Heraklit: Choroba pozwala poznać słodycz zdrowia, zło – dobra, głód – sytości, zmęczenie – wypoczynku.
Wiecie, często słyszę od ludzi, że ja to taki jestem wspaniały i cierpliwy, no bo się tak pogodziłem z chorobą... Kilka lat temu doszedłem do tego samu wniosku; "nie jest łatwo, ale jestem pogodzony i kropka". Dopiero od niedawna dociera do mnie, że to gówno prawda.
Pogodzony jestem tylko w jakimś sensie. Godzić się jednak muszę codziennie, nieraz po kilka razy. Za każdym razem, gdy odczuwam, że to nie jest normalne, że nie jestem jak moi rówieśnicy. Podam tylko kilka przykładów, pospolitych, ale mniej drastycznych.
Niejednokrotnie pyta mnie ktoś: jak tam życie studenckie? Nie bardzo wiem, co wtedy odpowiedzieć. Moje "życie studenckie" niewiele różni się od życia trzymanego pod kloszem nastolatka, w dodatku - mamin-synka. Od dwóch lat studiów nie byłem na żadnej imprezie; nie piję z zasady, nie potańczę, nie pogadam, bo za głośno, więc nie idę. A zniżki mam! Często gdy studenci o 22. dopiero wychodzą z akademika, ja obieram kurs na laptop bądź łózko, bo co mam robić? Także taka imprezka.
Inny przykład, to gdy powiedzmy, fajnie rozmawia mi się z jakąś dziewczyną, z którą mam podobne zainteresowania, światopogląd, podobne poczucie humoru, która jest ładna i wolna... Po prostu taka, którą w warunkach laboratoryjnych mógłbym podrywać (np. na te gęste włosy i rzadką brodę), a teraz mogę to robić tylko na "rzadką chorobę" (choć znam przypadki, gdzie ten motyw poskutkował).
Jednak nie wiem, czy najgorsza w mojej chorobie nie jest jej "zaraźliwość"; fakt, iż razem ze mną "choruje" osoba, która się mną opiekuje. Tak, to najgorsze, bo to jak odłamki od granatu.
Po co to piszę? Po to, by głównie osoby młode i pełnosprawne doceniły to, co mają. Do Was szczególnie to adresuję. Wiem, że znacie ten banał (a duża część życia składa się z banałów) od babci ze wsi, od księdza z katechez, od typowej polonistki itd., ale ja Wam to mówię z autopsji. Wiem, że różne problemy czasem przysłaniają to, co mamy, ale zdrowie jest naprawdę cenne. Doceńcie to, przynajmniej jutro, przynajmniej kilka dni. Jak pisał Heraklit: Choroba pozwala poznać słodycz zdrowia, zło – dobra, głód – sytości, zmęczenie – wypoczynku.
poniedziałek, 20 października 2014
Zombie
Arystoteles - że tak od razu zacznę - pisał, iż "życiem nazywamy odżywianie
się o swoich własnych siłach, wzrost i podupadanie". O ile wzrost i podupadanie to jakoś jeszcze ogarniam (i to "bez mydła"), o tyle z tym samodzielnym odżywianiem mam spore problemy. W związku z tym, nurtuje mnie kwestia: czy ja żyję? Co prawda, prawdopodobnie posiadam, jak pisał ten klasyk, "rozum czynny" itd., jednak jego definicja życia czyni ze mnie zombie, a moja niedowaga nawet to potwierdza (a ja, głupi, bałem się zombie...) Arystoteles, jak Cię spotkam, to YOU SHALL NOT PASS!
A tak poza tym, to zombie ma niedawno przebił oponę i teraz chwilowo ma dętkę od taczek - trochę za dużą, przez co fajnie się bujam, jak jadę; kołyszę się subtelnie, jakbym płynął statkiem... Po Nilu... Jest pięknie!
Mam też dla Was kolejny, autorski suchar, wiecie z jakiej serii:
- Dlaczego kosmita ze wszystkiego tłumaczy się swojej żonie?
- Bo żona mu nie UFO
się o swoich własnych siłach, wzrost i podupadanie". O ile wzrost i podupadanie to jakoś jeszcze ogarniam (i to "bez mydła"), o tyle z tym samodzielnym odżywianiem mam spore problemy. W związku z tym, nurtuje mnie kwestia: czy ja żyję? Co prawda, prawdopodobnie posiadam, jak pisał ten klasyk, "rozum czynny" itd., jednak jego definicja życia czyni ze mnie zombie, a moja niedowaga nawet to potwierdza (a ja, głupi, bałem się zombie...) Arystoteles, jak Cię spotkam, to YOU SHALL NOT PASS!
A tak poza tym, to zombie ma niedawno przebił oponę i teraz chwilowo ma dętkę od taczek - trochę za dużą, przez co fajnie się bujam, jak jadę; kołyszę się subtelnie, jakbym płynął statkiem... Po Nilu... Jest pięknie!
Mam też dla Was kolejny, autorski suchar, wiecie z jakiej serii:
- Dlaczego kosmita ze wszystkiego tłumaczy się swojej żonie?
- Bo żona mu nie UFO
Subskrybuj:
Posty (Atom)